Wrześniowe denko

13:15 Ania 10 Comments

Naszedł koniec miesiąca, czas więc na podsumowania. 
Dziś przychodzę do Was z produktami, które zdenkowałam we wrześniu.

Zdjęcie zbiorcze:


A teraz po kolei:)


1. L'Oreal Ideal Soft oczyszczający płyn micelarny do skóry suchej i wrażliwej - bardzo delikatny i bardzo niewydajny, ale całkiem przyzwoity. Pełną recenzję znajdziecie TUTAJ.

2. Szampon Hipp - delikatny szampon do częstego mycia włosów, trochę plącze włosy, ale mi to nie przeszkadza, bo i tak po każdym myciu nakładam odżywkę. Dobrze oczyszcza i zmywa oleje, nie swędzi mnie po nim głowa, za co duży plus.

3. Lactacyd Femina z nawilżającymi proteinami ryżu i arniką - całkiem fajna emulsja do higieny intymnej, bardzo dobrze sprawdzała się również do mycia włosów. Teraz wróciłam do Lactacyd Femina PLUS płyn ginekologiczny, ma najlepszy skład i chyba najlepiej się u mnie sprawdza.

4. Organic Therapy Sweet Dreams - żel pod prysznic z organicznym olejem z wanilii, pięknie pachnie i jest bardzo delikatny. Pełna recenzja TUTAJ.


5. Green Pharmacy Jedwab w płynie serum na łamliwe końcówki - mój ulubieniec jeśli chodzi o zabezpieczanie końcówek. Oprócz silikonów zawiera w składzie pielęgnujące olejki, pięknie pachnie i jest bardzo wydajny. Pełną recenzję znajdziecie TUTAJ.

6. Olej awokado - moje włosy się z nim nie polubiły, nie robił z nimi praktycznie nic, ale za to fajnie sprawdzał się jako dodatek do peelingu kawowego (przepis TUTAJ), skóra była po nim miękka i nawilżona.  

7. Farmona Jantar - wcierka na porost włosów. Nie jestem w stanie ocenić przyrostu włosów na długości, ale ilość baby hair jest bardzo motywująca:)


8. Organic Therapy White Magic - krem do rąk z organicznym olejem liczi. Pięknie pachnie, dobrze nawilża i szybko się wchłania. Więcej możecie o nim przeczytać TUTAJ.

9. Green Pharmacy Masło do ciała róża piżmowa i zielona herbata - bardzo naturalny różany zapach, konsystencja ptasiego mleczka i szybkie wchłanianie, to główne zalety tego produktu. Niestety działanie na tę porę roku zdecydowanie za słabe, zwłaszcza dla sucharków. W lecie lub dla osób o mało wymagającej skórze może być. Więcej na jego temat znajdziecie TUTAJ.

10. Bambino Krem ochronny - gęsty i treściwy, dzięki zawartości tlenku cynku fajnie łagodzi podrażnienia np. po depilacji. 


11. Aurigia Flavo-C serum - serum z 8% wit. C o działaniu przeciwzmarszczkowym i rozjaśniającym. Zdecydowanie poprawia wygląd skóry. Pełną recenzję możecie przeczytać TUTAJ.

12. Maybelline Affinitone korektor - całkiem dobrze kryje zarówno cienie pod oczami, jak i niedoskonałości, ładnie stapia się z cerą i podkładem, nie wchodzi w zmarszczki wokół oczu, nie podkreśla suchych skórek. Posiadam najjaśniejszy odcień 01 Nude Beige, który ładnie komponuje się z moim podkładem z Pharmaceris w odcieniu 01 Ivory.

13. Tisane balsam do ust - dla większości hit, u mnie się kompletnie nie sprawdza. Mało, który produkt potrafi mi tak wysuszyć usta, że aż  tworzy się na nich szorstka skorupa. Bardziej obszerną opinię i porównanie z wersją w sztyfcie znajdziecie TUTAJ.

Uff, to by było na tyle:)

A jakie produkty Wy zdenkowałyście we wrześniu?

10 komentarze:

Drogi czytelniku! Skoro trafiłeś na mojego bloga, będzie mi bardzo miło jeśli zostawisz po sobie ślad w postaci komentarza i podzielisz się swoją opinią :) Jednocześnie informuję, że komentarze obraźliwe, świadczące o nie przeczytaniu artykułu lub służące wyłącznie autoreklamie będą usuwane.

Ekologiczna torebka na zakupy nie musi być nudna

22:01 Ania 6 Comments

Dziś wpis niekosmetyczny:) Chciałam pokazać Wam moją ekotorebkę. Zakupiłam ją dokładnie rok temu, bo w mojej normalnej torebce, mimo że jest duża nie mieściły mi się szpargały potrzebne w pracy, które muszę ze sobą taszczyć. Kosztowała ok. 29 zł i sprawdza się idealnie. Była już wielokrotnie prana i wciąż wygląda jak nowa:)

Oto i ona:

bawełniana torba

Więcej modeli znajdziecie na alefajnatorebka.pl

Jeżeli też się nie mieścicie do pracy/szkoły w standardową torebkę, albo chcecie mieć fajną torbę na zakupy, serdecznie Wam polecam:)

Pozdrawiam,
Ania

6 komentarze:

Drogi czytelniku! Skoro trafiłeś na mojego bloga, będzie mi bardzo miło jeśli zostawisz po sobie ślad w postaci komentarza i podzielisz się swoją opinią :) Jednocześnie informuję, że komentarze obraźliwe, świadczące o nie przeczytaniu artykułu lub służące wyłącznie autoreklamie będą usuwane.

Prysznic z Lirene

10:58 Ania 8 Comments

Lirene Dermoprogram Shower Olive  
żel + oliwka pod prysznic


 Opis producenta:
Żele doskonale myją i odświeżają skórę jednocześnie intensywnie ją nawilżając. Zawarte w nich olejki delikatnie odżywiają i natłuszczają skórę, zapobiegając jej wysuszeniu. Bogata i aksamitna formuła poprawia kondycję skóry, nadając miękkość i zdrowy wygląd.

 Żel występuje w kilku wersjach zapachowych.

Skład:
Wersja z oliwką z bawełny: Aqua, Sodium Laureth Sulfate, Cocamidopropyl Betaine, PEG-7 Glyceryl Cocoate, PEG-18 Glyceryl Oleate/Cocoate, Paraffinum Liquidum, Benzyl Alcohol, Gossypium Herbaceum (Cotton) Seed Oil, Methylchloroisothiazolino ne, Methylisothiazolinone, Parfum, Benzyl Salicylate, Butylphenyl Methylpropional, Hexyl Cinnamal, Linalool, Citronellol.

Cena:
ok. 8 zł/250 ml 
Często można je dostać w promocji za ok. 5-6 zł.

Moja opinia:
Żel zamknięty jest w buteleczce z kolorowego przeźroczystego plastiku. o typowym dla produktów Lirene kształcie. Wygodnie leży w dłoni, łatwo się otwiera i zamyka, a dzięki płaskiej nakrętce możemy ją postawić do góry nogami, co ułatwia wydobycie produktu.

Konsystencja dosyć gęsta, żelowa, na sucho nieco ciągnąca. Dzięki temu żel nie spływa z dłoni i nie przecieka między palcami.  Koloru brak, zapach raczej delikatny, nie utrzymuje się długo na skórze.

Żel bardzo dobrze się pieni, zarówno nakładany dłonią jak i rękawicą. Dobrze oczyszcza skórę nie wysuszając jej. Pozostawia na skórze delikatny film przypominający ten, który pozostaje po nałożeniu oliwki na mokrą skórę, a następnie delikatnym jej osuszeniu. Nie jest on jednak na tyle wystarczający, aby można było zrezygnować z nałożenia balsamu, zwłaszcza w przypadku skór suchych i bardzo suchych. Stosowany regularnie poprawia nawilżenie skóry. Po prysznicu skóra nie jest sucha i nieprzyjemnie ściągnięta.

Do tej pory testowałam trzy warianty zapachowe: z oliwką z mango, z oliwką z bawełny i z oliwką z ryżu. Nie zauważyłam między mini żadnych różnic w działaniu. Aktualnie posiadam na stanie dwa żele:


Trafiłam na ten produkt zupełnie przez przypadek i choć nie jest moim ulubieńcem, to jednak jest na tyle dobry, że kiedy nie wiem co kupić chętnie do niego wracam. Żele są tanie, wydajne i mimo, że zawierają SLES w składzie nie podrażniają i nie wysuszają skóry. Są taką bezpieczną przystanią między szaleństwami:)

Znacie oliwkowe żele Lirene? 
Chętnie poczytam, jak się u Was sprawdzają:)

A może polecacie coś zupełnie innego?

8 komentarze:

Drogi czytelniku! Skoro trafiłeś na mojego bloga, będzie mi bardzo miło jeśli zostawisz po sobie ślad w postaci komentarza i podzielisz się swoją opinią :) Jednocześnie informuję, że komentarze obraźliwe, świadczące o nie przeczytaniu artykułu lub służące wyłącznie autoreklamie będą usuwane.

Pogromca Biodermy?

15:32 Ania 16 Comments

Jakiś czas temu pokazywałam Wam produkt, który robi zawrotną karierę w blogosferze, i o którym mówi się, że jest pogromcą kultowego płynu micelarnego Bioderma Sensibio H2O.
Mowa oczywiście o oczyszczającym płynie micelarnym do skóry suchej i wrażliwej L'Oreal Ideal Soft


Więcej na jego temat pisałam Wam już TUTAJ, więc nie będę się już powtarzać. Dziś, po prawie 4 tygodniach stosowania, nadszedł czas na moją opinię na temat tego produktu.

 Opakowanie:
Płyn zamknięty jest w plastikowej buteleczce o pojemności 200 ml. Szata graficzna jest prosta, miła dla oka, ładnie prezentuje się na półce w łazience. Dzięki temu, że buteleczka jest przeźroczysta łatwo możemy kontrolować ilość produktu jaka pozostała nam w opakowaniu. Zamknięcie jest całkiem wygodne, łatwo się otwiera i zamyka, jednak połączenie białej nakrętki z butelką jest mało stabilne, czuć tak jakieś luzy i miałabym obawy przed transportowaniem produktu w pozycji poziomej.

Konsystencja i zapach:
Konsystencja typowa dla płynów micelarnych, rzadka, wodnista. Zapachu i koloru brak.

Działanie: 
Ideal Soft jest rzeczywiście bardzo delikatny. Nie podrażnia ani skóry ani oczu, nie wysusza, nie powoduje pieczenia, nie uczula. Nie zapycha porów. Podczas przemywania twarzy delikatnie pieni się na waciku, pozostawiając na skórze uczucie lepkości, które mija gdy produkt się wchłonie. Całkiem dobrze oczyszcza twarz z sebum i makijażu, za to kiepsko sobie radzi z demakijażem oczu. Nie używam kosmetyków o przedłużonej trwałości ani wodoodpornych, a mimo to muszę się nieźle namachać żeby pozbyć się maskary. Zwykle na domycie jednego oka potrzebuję ok. 2-3 porcji produktu. Z tego powodu buteleczka 200 ml wystarczyła mi tylko na niecałe 3 tygodnie codziennego stosowania.

A jak się ma L'Oreal Ideal Soft do Biodermy Sensibio H2O? Przede wszystkim Bioderma znacznie lepiej i szybciej radzi sobie z usunięciem makijażu. Różnicę tą najbardziej odczuwałam bezpośrednio po przejściu z Biodermy na L'Oreal, z czasem nie była już ona aż tak wyraźna i przestała mi tak mocno przeszkadzać. Nie mniej jednak Ideal Soft ma nad Sensibio H2O przewagę w dwóch kwestiach: ceny i dostępności. Dodając do tego fajny skład, mogę mu wybaczyć dłuższy demakijaż. Dla mnie jednak L'Oreal nie jest następcą, czy pogromcą Biodermy, a jedynie jej zastępcą. Bioderma pozostaje moim numerem 1, a do L'Oreal zamierzam wracać kiedy nie będę miała dostępu do Biodermy lub po prostu będę szukała oszczędności. Taka sytuacja ma miejsce właśnie teraz, ponieważ kolejne zamówienie apteczne planuję dopiero na październik zakupiłam tydzień temu drugą buteleczkę Ideal Soft. Na dowód tego zamieszczam zdjęcie:

Po tygodniu już nie ma połowy zawartości.

A Wy testowałyście już Ideal Soft?
Wolicie jego czy jednak Biodermę?

16 komentarze:

Drogi czytelniku! Skoro trafiłeś na mojego bloga, będzie mi bardzo miło jeśli zostawisz po sobie ślad w postaci komentarza i podzielisz się swoją opinią :) Jednocześnie informuję, że komentarze obraźliwe, świadczące o nie przeczytaniu artykułu lub służące wyłącznie autoreklamie będą usuwane.

Inglot Duraline

19:41 Ania 10 Comments

Dziś krótko o produkcie, który jest ze mną od dawna, a po który sięgam naprawdę bardzo rzadko. Kupiłam go zanim poznałam bazę Lumene (klik), szykowało mi się jakieś większe wyjście i chciałam mieć pewność, że mój makijaż przetrwa zabawę do rana.

Inglot Duraline
płyn utrwalający do makijażu



Opis producenta:


Duraline to płyn, który umożliwia aplikację na mokro prasowanych i sypkich cieni do powiek. Podkreśla głębię koloru i przedłuża trwałość makijażu. 
Skład:


Isododecane, Bis-vinyl Dimethicone/Dimethicone Copolymer, Capryl Glycol, Phenoxyethanol, Hexylene Glycol.

Cena:
ok. 19 zł/ 9 ml

Moja opinia:
Duraline ma postać bezbarwnego płynu, o rzadkiej, oleistej konsystencji. 
 

 Zamknięty jest w małej szklanej buteleczce z aplikatorem w formie pipety, o typowej dla Inglota nieco ascetycznej szacie graficznej.



Płyn w 100% spełnia zadanie jakie postawił przed nim producent - bardzo dobrze utrwala cienie, podbijając jednocześnie ich kolor. Makijaż z użyciem Duraline trzyma się od nałożenia do zmycia w niezmienionej formie. Nic się nie roluje, nie spływa, nie blaknie. Z jego pomocą możemy każdy cień zamienić w kolorowy eyeliner. Jest bardzo wydajny. Mimo wysokiej trwałości nie wymaga jakiegoś specjalnego demakijażu. Ja bez problemu zmywałam go płynem micelarnym Biodermy Sensibio H2O oraz micelem Bourjois.

Mimo tych wszystkich zalet nie został jednak moim ulubieńcem. Dlaczego? Po pierwsze jest kłopotliwy w aplikacji. Nie można dodać go bezpośrednio do cienia, ani nałożyć bezpośrednio na powiekę i na niego położyć cień. Trzeba wysypać/zeskrobać odrobinę cienia na jakiś spodeczek/wieczko, dodać do niego kroplę Duraline, dokładnie wymieszać i w miarę szybko nałożyć na powiekę, zanim papka zdąży zaschnąć. Jest więc z tym trochę zabawy. Po drugie, Duraline nie jest komfortowy w noszeniu. Zasychając na powiece nieco ją ściąga, przez co trudno zapomnieć o jego obecności. Stosowany regularnie przez dłuższy okres czasu najzwyczajniej w świecie wysusza. Po trzecie, pędzle po makijażu z jego użyciem bardzo trudno jest domyć, zwłaszcza jeśli nie zrobimy tego od razu i pozwolimy mu zastygnąć na włosiu. 

Ja już raczej nie wrócę do tego produktu, do utrwalenia cieni wystarcza mi bowiem zwykła baza, a jest mniej czasochłonna w użyciu. Ale jeśli szukacie czegoś mocniejszego, albo lubicie robić kolorowe kreski to warto zainteresować się tym produktem.

Znacie Inglot Duraline? 
Co o min sądzicie?
A może macie pomysł, jak można go wykorzystać w inny sposób?

Czekam na Wasze komentarze:)

10 komentarze:

Drogi czytelniku! Skoro trafiłeś na mojego bloga, będzie mi bardzo miło jeśli zostawisz po sobie ślad w postaci komentarza i podzielisz się swoją opinią :) Jednocześnie informuję, że komentarze obraźliwe, świadczące o nie przeczytaniu artykułu lub służące wyłącznie autoreklamie będą usuwane.

Nowość od Bielendy

12:18 Ania 9 Comments

Pozostajemy w tematyce produktów do ust. 
Dziś chciałabym przedstawić Wam nową propozycję marki Bielenda, którą jakiś czas temu zakupiłam w Rossmannie.

Bielenda Balsam do ust




Opis producenta:

Zdjęcie można powiększyć klikając na nie.
  
Skład :
Petrolatum  (Nota N), Lanolin, Macadamia Ternifolia Seed Oil, Panthenol, Parfum (Fragrance), Persea Gratissima (Avocado) Oil, Aqua (Water), Tocopherol, Squalane, Ascorbyl Palmitate, Beta-Sitosterol, Cera Alba (Beeswax), Sodium Saccharin, Hydrogenated Polyisobutene, Palmitic Acid, Mica, Cl 77891 (Titanum Dioxide), Cl 15850 (D&C Red No. 7 Lake), Citral.

Cena:
ok. 7 zł/10 g

Moja opinia:
Produkt dostępny jest w dwóch formach: balsamu w tubce i masełka w słoiczku, które różnią się od siebie składem. W każdej z tych dwóch form występują trzy warianty zapachowe i kolorystyczne: wiśniowy, malinowy i brzoskwiniowy.


Ja zdecydowałam się na balsam o zapachu malinowym. 

Produkt zamknięty jest w typowej miękkiej tubce z aplikatorem w formie dziubka.


Szata graficzna opakowania jest kolorowa i słodka, miła dla oka, ale mało elegancka, skierowana raczej w kierunku upodobań młodszych konsumentek. Starsze mogą ją uznać za zbyt pstrokatą, może nawet lekko kiczowatą, co mi osobiście nie przeszkadza, bo za każdym razem jak na nią patrzę poprawia mi się humor:)
Konsystencja balsamu jest tłusta i bardzo gęsta, aby go wydobyć z tubki trzeba ją naprawdę mocno ścisnąć. Zapach bardzo przyjemny owocowy, kojarzy mi się z moją ulubioną Mambą malinową:)
W opakowaniu kolor balsamu jest ciemny i intensywnie różowy, jednak po dokładnym rozsmarowaniu staje się całkowicie transparentny i niewidoczny, a jedyny ślad jaki po nim zostaje to delikatny połysk.




Jeśli chodzi o działanie nawilżające, to muszę przyznać, że produkt spisuje się całkiem nieźle. Usta na długo pozostają miękkie, bez nieprzyjemnego uczucia wysuszenia i ściągnięcia. Produkt bez problemu może nam służyć, jako tradycyjny pielęgnacyjny balsam do ust do stosowania w ciągu dnia, który nie tylko będzie dbał o nasze usta, ale też delikatnie je nabłyszczy poprawiając ich wygląd.

Spotkałyście się już z nowością Bielendy?
Może macie masełka, albo inne warianty zapachowe?
Jeśli tak, chętnie poczytam jak się u Was sprawują:)


9 komentarze:

Drogi czytelniku! Skoro trafiłeś na mojego bloga, będzie mi bardzo miło jeśli zostawisz po sobie ślad w postaci komentarza i podzielisz się swoją opinią :) Jednocześnie informuję, że komentarze obraźliwe, świadczące o nie przeczytaniu artykułu lub służące wyłącznie autoreklamie będą usuwane.

Poziomkowy ulubieniec

10:57 Ania 10 Comments

W poprzednim poście pisałam jak bardzo nie sprawdza się u mnie polecany przez wszystkich balsam Tisane (klik), więc dziś dla równowagi chciałabym napisać Wam o produkcie do pielęgnacji ust, który sprawdza się idealnie, i do którego regularnie powracam.

Floslek Lip Care
wazelina kosmetyczna i ochronna do ust


Opis producenta:
Działanie: Ochronno – odżywcze.
-Wygładza, nawilża i delikatnie natłuszcza usta.
- zapobiega łuszczeniu, wysuszeniu i pękaniu naskórka.
- Delikatnie nabłyszcza wargi.

Produkt występuje w kilku wariantach zapachowych: różanym, pomarańczowym, poziomkowym, waniliowym i czekoladowym.

Skład:
Petrolatum, Cetyl Alcohol, Cholesterol, Copernicia Cerifera Cera, Hydrogenated Vegetable Oil, Aroma, Benzyl Alcohol.

Cena:
ok. 6 zł/15 g


Moja opinia:
Wazelina zamknięta jest w małym metalowym słoiczku, o prostym, całkiem estetycznym wyglądzie. Nie posiada żadnego koloru, nie barwi ust, nadaje im tylko delikatny połysk.



Zapach piękny, owocowy, jest łatwo wyczuwalny, ale nie męczący, szybko się ulatnia. Konsystencja dosyć gęsta i tłusta, typowa dla wazeliny. Skład krótki, całkiem przyjemny, bez zbędnych ulepszaczy. Jeśli chodzi o działanie, produkt sprawdza się u mnie na 5+. Doskonale nawilża i wygładza usta, chroni je przed szkodliwym wpływem czynników zewnętrznych, zwłaszcza przed wiatrem i mrozem, co bardzo doceniam w okresie jesienno-zimowym. Kiedy go stosuję nigdy nie mam problemów z suchymi skórkami, czy spierzchniętymi wargami, dlatego regularnie do niego wracam. W moim przypadku działa równie dobrze jak kilkakrotnie droższy Uriage Bariederm, o którym pisałam tutaj. Jedyne co można zarzucić wazelinom Flosleka to mało higieniczna aplikacja oraz brak filtra UV, ale to samo tyczy się praktycznie wszystkich balsamów do ust zamkniętych w słoiczkach, więc nie jest to jakiś szczególny minus, zwłaszcza biorąc pod uwagę zbawienne działanie na stan naszych ust.

Znacie wazeliny Flosleka?
Jeśli tak, czekam na Wasze opinie, a jeśli nie koniecznie wypróbujcie:)

10 komentarze:

Drogi czytelniku! Skoro trafiłeś na mojego bloga, będzie mi bardzo miło jeśli zostawisz po sobie ślad w postaci komentarza i podzielisz się swoją opinią :) Jednocześnie informuję, że komentarze obraźliwe, świadczące o nie przeczytaniu artykułu lub służące wyłącznie autoreklamie będą usuwane.

Jesienne rozdanie u My strawberry fields

20:10 Ania 2 Comments

Serdecznie zapraszam wszystkich na jesienne rozdanie do My strawberry fields:)


Do wygrania zestaw kosmetyków zachwalanej na blogach, a niestety nie dostępnej w Polsce marki Balea. Jeśli tak jak ja, nie miałyście jeszcze okazji testować ich produktów i chciałybyście to zmienić koniecznie weźcie udział w rozdaniu. 
Szczegóły znajdziecie TUTAJ.

2 komentarze:

Drogi czytelniku! Skoro trafiłeś na mojego bloga, będzie mi bardzo miło jeśli zostawisz po sobie ślad w postaci komentarza i podzielisz się swoją opinią :) Jednocześnie informuję, że komentarze obraźliwe, świadczące o nie przeczytaniu artykułu lub służące wyłącznie autoreklamie będą usuwane.

Balsam do ust Tisane: słoiczek vs. sztyft

11:49 Ania 6 Comments

Jakiś czas temu na rynku pojawiła się nowa forma kultowego balsamu do ust Tisane. W internecie od razu zaczęło wrzeć, bo choć sztyft jest znacznie wygodniejszy i bardziej higieniczny od tradycyjnego słoiczka, wiele osób zarzucało mu słabsze działanie. Balsam Tisane w słoiczku znałam od dawna, pierwszy raz kupiłam go ponad 10 lat temu z polecenia koleżanki i więcej do niego nie wróciłam, bo zwyczajnie się u mnie nie sprawdził. Teraz pod wpływem wszechobecnych nad nim zachwytów postanowiłam do niego wrócić, sprawdzić czy coś się zmieniło i przy okazji porównać obie wersje.

Balsam do ust Tisane:





Opis producenta:

Słoiczek:

Zdjęcie można powiększyć klikając na nie.

Kosmetyk naturalny przeznaczony do pielęgnacji i ochrony ust.

Działanie:
  • Wygładza szorstkie, spierzchnięte usta przywracając aksamitną gładkość
  • Chroni usta przed wpływem czynników środowiskowych jak słońce, wiatr, deszcz, mróz
  • Odżywia delikatną skórę warg
  • Nawilża i chroni usta przed wysychaniem
  • Regeneruje naskórek uszkodzony wskutek działania czynników atmosferycznych, otarć oraz opryszczki.

Wskazania:
  • Usta spękane, spierzchnięte z powodu czynników atmosferycznych
  • Usta spękane, spierzchnięte z powodu przeziębienia, opryszczki
  • Usta wysuszone
  • Ochrona przed słońcem, mrozem, wiatrem, deszczem

Składniki aktywne: 

Wosk pszczeli, miód, olej rycynowy, oliwa, ekstrakt z melisy, jeżówki purpurowej i ostropestu plamistego, witamina E.

Sztyft:

Zdjęcie można powiększyć klikając na nie.

Kosmetyk naturalny przeznaczony do pielęgnacji i ochrony ust.

Działanie:
  • Wygładza szorstkie, spierzchnięte usta przywracając aksamitną gładkość
  • Chroni usta przed wpływem czynników środowiskowych jak słońce, wiatr, deszcz, mróz
  • Odżywia delikatną skórę warg
  • Nawilża i chroni usta przed wysychaniem
  • Regeneruje naskórek uszkodzony wskutek działania czynników atmosferycznych, otarć oraz opryszczki.

Wskazania:
  • Usta spękane, spierzchnięte z powodu czynników atmosferycznych
  • Usta spękane, spierzchnięte z powodu przeziębienia, opryszczki
  • Usta wysuszone
  • Ochrona przed słońcem, mrozem, wiatrem, deszczem

Składniki aktywne: 

Wosk pszczeli, miód, olej rycynowy, oliwa, ekstrakt z melisy, jeżówki purpurowej i ostropestu plamistego, witamina E.

Skład:

Słoiczek: Cera alba, Olea Europea oil, Petrolatum, Ricinus communis oil, Isopropyl Mirystate, Honey, Echinacea purpurea & Melissa officinalis & Silybum Marianum Extract, Aqua, Glyceryl Stearate, Cetyl Alcohol, Propylene glycol, Cholesterol, Tocopheryl acetate, Ethyl Vanillin.

Zdjęcie można powiększyć klikając na nie.

Sztyft: Olea Europaea Fruit Oil, Sucrose Tetrastearate Triacetate, Ricinus Communis Seed Oil, Petrolatum, Hydrogenated Coco-Glycerides, Paraffin, Lanolin, Mel, Echinacea Purpurea & Mellisa Officinalis Leaf & Silybum Marianum Extract, Cera Alba, Lauryl PEG/PPG-18/18 Methicone, Glyceryl Stearate, Propylene Glycol, Ethylhexyl Palmitate, Palmitoyl Oligopeptide, Tocopheryl Acetate, Sorbitan Isostearate, Ethyl Vanillin, Tribehenin Propylparaben, Methylparaben.

Zdjęcie można powiększyć klikając na nie.

Cena:
ok. 8-10 zł/ 4,7 g (słoiczek)
ok. 10-12 zł/ 4,3 g (sztyft)


Moja opinia:

Opakowania produktów utrzymane są w tej samej kolorystyce i szacie graficznej.



Oba produkty mają również identyczny żółto-brunatny kolor, mało apetyczny, przypominający maść Linomag.


Zapach jest już przyjemniejszy: słodki, kojarzący się z cukierkami krówkami, również taki sam w obydwu wersjach.

Wspólny opis producenta nie idzie w parze z jednakowym składem i stąd pewnie wynikają różnice w działaniu obydwu produktów. Faktycznie wersja w słoiczku jest nieco lepsza i bardziej intensywnie działająca niż wersja w sztyfcie. Niestety szybciej też się zużywa, mimo większej pojemności (ja używam mazideł do ust w ilościach hurtowych i u mnie słoiczek wystarczył tylko na tydzień stosowania).


Generalnie jednak obie wersje nie zdały u mnie egzaminu. Żadna z nich nie nawilżyła ust, wręcz przeciwnie, odkąd ich używam moje wargi stały się szorstkie i wysuszone. Poza tym balsam aplikowany na podrażniony naskórek wywoływał u mnie pieczenie i nieprzyjemne uczucie drętwienia.

Mi balsamy Tisane ewidentnie nie służą i nic się w tej kwestii nie zmieniło przez te 10 lat. Jeśli jednak u Was się sprawdzają, to faktycznie tradycyjna słoiczkowa wersja mimo wszystko spisuje się lepiej niż jej młodsza smuklejsza siostra.

6 komentarze:

Drogi czytelniku! Skoro trafiłeś na mojego bloga, będzie mi bardzo miło jeśli zostawisz po sobie ślad w postaci komentarza i podzielisz się swoją opinią :) Jednocześnie informuję, że komentarze obraźliwe, świadczące o nie przeczytaniu artykułu lub służące wyłącznie autoreklamie będą usuwane.

Jak przygotować peeling kawowy?

21:30 Ania 7 Comments

Przed chwilą przygotowywałam sobie swoją cotygodniową porcję peelingu kawowego i postanowiłam podzielić się z Wami swoją wersją.

Peeling kawowy przepis


Składniki:
 
- 2 łyżki kawy mielonej
- 1 łyżka cukru
- 1-2 łyżki dowolnego oleju lub oliwki dla dzieci
- ok. 2 łyżki wody

Przygotowanie:

Kawę i cukier wsypujemy do małej miseczki. Dodajemy olej i wstępnie mieszamy.

Dodajemy ok. 2 łyżki wody (zwykłej kranówy) tak, aby wszystkie składniki ładnie się ze sobą połączyły. Wodę najlepiej dodawać stopniowo, żebyśmy mogły kontrolować konsystencję peelingu. Jeśli dodamy za dużo peeling będzie za rzadki i będzie nam przeciekał przez palce, co znacznie utrudni aplikację.

Peeling przygotowujemy tuż przed samym użyciem. Jeśli będzie zbyt długo stał, cukier rozpuści nam się w wodzie i papka straci swoje właściwości ścierne.

Peeling kawowy efekty

Wanna przypomina pobojowisko, ale wystarczy ją dokładnie spłukać prysznicem i wszystko jest ok. Za to nasza skóra po takim peelingu jest idealnie gładka i mięciutka, jak przysłowiowa pupa niemowlaka. Dzięki dodatkowi olejku lub oliwki nasze ciało jest od razu nawilżone i delikatnie natłuszczone, dzięki czemu nie musimy już dodatkowo stosować balsamu. Peeling kawowy nie tylko pomaga nam dokładnie usunąć martwy naskórek, ale też świetnie radzi sobie z szorstką skórą na łokciach i kolanach. Kawa pomaga pozbyć się również plam i zacieków po samoopalaczu, a dzięki zawartości kofeiny działa antycellulitowo i wyszczuplająco

Peeling kawowy możemy wzbogacać według własnego uznania. Wiele osób dodaje do niego olejki zapachowe czy mielony cynamon, ale tego ostatniego nie polecam osobom ze skłonnością do pękających naczynek, gdyż cynamon przez swoje właściwości rozgrzewające może nasilać ten problem.

Peeling kawowy to mój ulubiony zdzierak do ciała. Jest tani, prosty w przygotowaniu i bardzo skuteczny.

Jeśli też lubicie peeling kawowy i macie na niego swój ulubiony sposób podzielcie się nim w komentarzach :)

7 komentarze:

Drogi czytelniku! Skoro trafiłeś na mojego bloga, będzie mi bardzo miło jeśli zostawisz po sobie ślad w postaci komentarza i podzielisz się swoją opinią :) Jednocześnie informuję, że komentarze obraźliwe, świadczące o nie przeczytaniu artykułu lub służące wyłącznie autoreklamie będą usuwane.

Inglot AMC Cream Blush

19:51 Ania 10 Comments

Jakiś czas temu w tym poście pisałam Wam, że zakupiłam róż w kremie z Inglota. 
Dziś przyszedł czas na małe sprawozdanie z tego jak ten produkt się u mnie sprawował:)

Inglot AMC Cream Blush
nr 84






Skład:
Zdjęcie można powiększyć klikając na nie.

Cena:
ok. 24 zł/5,5 g

Moja opinia:
Róż zamknięty jest w małym plastikowym słoiczku, o typowej dla Inglota prostej formie. Konsystencję ma typowo kremową, dosyć gęstą. Zapach bardzo delikatny, praktycznie niewyczuwalny. Róż jest bardzo dobrze napigmentowany, więc łatwo zrobić sobie nim krzywdę. 




Na oba policzki wystarczy naprawdę odrobina. Na mojej tłustej skórze trzyma się ok. 6 godzin w stanie nienaruszonym. Potem zaczyna trochę blaknąć, ale nadal jest widoczny. Nałożony w minimalnej ilości daje bardzo subtelny efekt naturalnego rumieńca. Jedynym problemem może być aplikacja. Dla mnie jest to pierwszy róż w kremie i nie ukrywam, że na początku miałam spore problemy z jego nakładaniem. Po pierwsze zdarzało mi się nabrać go za dużo i zrobić się na malowaną lalę, po drugie przyzwyczajona do pędzla miałam problem z nałożeniem różu w odpowiednim miejscu. Teraz jest już znacznie lepiej, ale i tak używam tego produktu tylko w te dni, kiedy nie muszę się nigdzie spieszyć i mam więcej czasu na wykonanie makijażu. W pozostałe sięgam po róż w kamieniu (klik), bo tak jest po prostu szybciej.

Nie mniej jednak polubiłam ten produkt.
Jeśli lubicie róże w kremie to z czystym sumieniem mogę go Wam polecić.
Chętnie poczytam też o Waszych ulubionych różach do policzków:)

10 komentarze:

Drogi czytelniku! Skoro trafiłeś na mojego bloga, będzie mi bardzo miło jeśli zostawisz po sobie ślad w postaci komentarza i podzielisz się swoją opinią :) Jednocześnie informuję, że komentarze obraźliwe, świadczące o nie przeczytaniu artykułu lub służące wyłącznie autoreklamie będą usuwane.