Kosmetyczne Skarby cz. 7 - akcesoria

17:34 Ania 47 Comments

Wrzesień dobiega końca, a wraz z nim kończy się akcja Kosmetyczne Skarby. Dziś zapraszam Was więc na ostatni już wpis z tej serii, poświęcony nie kosmetykom, ale akcesoriom, które wpisały się na stałe do mojej pielęgnacji.

Turban termalny trafił do mnie niedawno w ramach współpracy z firmą Hair SPA. Jest zdecydowanie za wcześnie żeby mówić coś o efektach, ale muszę przyznać, że już go polubiłam za przyjemność jaką daje podczas stosowania. Mówię Wam, jak fajnie jest siedzieć sobie z takim cieplutkim ustrojstwem na głowie! Już kombinuję, żeby może zimą nosić go zamiast czapki ;D

Turban z mikrofibry Turbie Twist - niby nic takiego, a  po ponad roku używania nie wyobrażam już sobie powrotu do ręcznika. Mały, lekki, wygodny, nie zsuwa się z głowy. No i jak stylowo wygląda :)

Korektor lakieru do paznokci Inglot (KLIK) - jeśli też macie problem z trzęsącymi się rękami i zawsze zalewacie sobie lakierem skórki wokół paznokcia, to to cudo jest niezastąpione. Wcześniej męczyłam się z patyczkami, ale to nie to samo. Teraz wszelkich poprawek dokonuję w mgnieniu oka i uwierzcie mi, odkąd go mam częściej maluję paznokcie.

Tangle Teezer - najlepsza szczotka do włosów jaką w życiu miałam i nie wyobrażam już sobie czesania włosów czymkolwiek innym. Mam również szczotkę z naturalnego włosia, ale kompletnie nie przypadła mi do gustu i leży nieużywana.

Opaska kosmetyczna - bardzo przydatny gadżet, nie tylko dla posiadaczek grzywki. Świetnie trzyma i chroni włosy podczas wszelkich zabiegów kosmetycznych. 

Rękawica Kessa Organique - przeznaczona jest do wykonywania peelingu i oczyszczania skóry ciała. Po jej użyciu skóra jest lepiej ukrwiona, gładka i tak czysta, że aż skrzypi pod palcami. Wiele osób używa jej zamiast tradycyjnych peelingów, ja na co dzień stosuję te dwie metody złuszczania zamiennie. Za to myślę, że taka rękawica jest fajnym rozwiązaniem na wyjazdach. Jest leciutka, zajmuje mało miejsca i nie brudzi wanny/kabiny prysznicowej.

Ściereczka muślinowa The Body Shop - działa podobnie jak rękawica Kessa, tylko przeznaczona jest do skóry twarzy. Złuszcza i oczyszcza skórę przygotowując ją do dalszych zabiegów. Wiem, że wiele osób stosuje takie ściereczki na co dzień, mi jednak wydaje się to zbyt agresywne i używam jej zgodnie z zaleceniami producenta 1-2 razy w tygodniu, pomiędzy tradycyjnym peelingiem.

Gąbeczka Calypso - przeznaczona do demakijażu, ale ja używam jej wyłącznie do zmywania glinkowych maseczek. Wcześniej robiłam to samymi dłońmi i trochę musiałam się namachać. Teraz idzie mi to znacznie szybciej.

Beauty Blender - słynna gąbeczka do nakładania podkładu w formie różowego jaja. Trochę czasu mi zajęło zanim przestawiłam się na taką formę aplikacji, ale teraz już nie wyobrażam sobie powrotu do pędzla. Dzięki niej podkład/krem BB lepiej stapia się ze skórą, daje bardziej naturalny efekt, a aplikacja zajmuje dosłownie kilka chwil.

Zestaw do maseczek - składa się z silikonowej miseczki, trzech miarek różnej wielkości, pędzelka i szpatułki. Kupiłam go na początku swojej przygody z algami i choć kosztował zaledwie kilkanaście złotych uważam, że była to jedna z lepszych inwestycji. Dzięki niemu bez problemu mogę sama rozrabiać sobie maseczki. Od jakiegoś roku wszelkie gotowce poszły w odstawkę, a ja całkowicie przerzuciłam się na samodzielnie mieszane algi i glinki.

Tak prezentuje się lista moich ulubionych akcesoriów, bez których już nie wyobrażam sobie swojego kosmetycznego życia. A teraz chętnie poczytam, od jakich gadżetów Wy jesteście uzależnione :)

Pozdrawiam,
Ania

47 komentarze:

Drogi czytelniku! Skoro trafiłeś na mojego bloga, będzie mi bardzo miło jeśli zostawisz po sobie ślad w postaci komentarza i podzielisz się swoją opinią :) Jednocześnie informuję, że komentarze obraźliwe, świadczące o nie przeczytaniu artykułu lub służące wyłącznie autoreklamie będą usuwane.

Mythos masło do ciała z oliwką i granatem

12:43 Ania 37 Comments

W okresie letnim moje ukochane, treściwe masła do ciała idą nieco w odstawkę. Wieczorami używam balsamów brązujących by uzyskać efekt opalenizny, rankiem preparatów z filtrem by się nie opalić, na masło nie ma już miejsca. I zwykle co roku nastaje taki dzień, kiedy lato nagle się kończy, zaczyna robić się chłodniej, a ja z paniką w oczach stwierdzam, że nie mam żadnego typowo nawilżającego mazidła do ciała. Nie inaczej było tym razem. Na początku chaotyczne rozmyślania, gorączkowe przeglądanie blogów i recenzji, desperackie spojrzenia w stroną dobrze znanych i sprawdzonych produktów, aż wreszcie, gdy emocje nieco opadły wpadłam na genialny pomysł - przecież mam chciejlistę! Tam na pewno jest jakiś produkt, który chciałabym przetestować. Nawet nie jeden. I owszem był.


O oliwkowych masłach do ciała greckiej firmy Mythos czytałam wiele opinii, chyba tyle samo pozytywnych, co negatywnych. Tym większa więc była moja ciekawość, jak te produkty sprawdziłyby się u mnie. Zapoznałam się z dostępnymi wariantami zapachowymi maseł i po długim (naprawdę bardzo długim) namyśle wybrałam dla siebie wersję z granatem.

Skład: Aqua (Water), Ethylhexyl Palmitate, PEG-100 Stearate, Glyceryl Stearate, Caprylic/Capric Triglyceride, Glycerin, Prnus Amygdalus Dulcis (Sweet Almond) Oil, Cetearyl Ethylhexoanoate, Stearic Acid, Cetearyl Alcohol, Butyrospermum Parkii (Shea) Butter, Olea Europaea (Olive) Fruit Oil, Cetyl Esters, Acrylates/C10-30 Alkyl Acrylate Crosspolymer, Lecithin, Sodium Hydroxide, Punica Granatum (Pomegranate) Fruit Extract, Tocopherol, Hydrogenated Vegetable Oil, Helianthus Annuus (Sunflower) Seed Oil, Tetrasodium Glutamate Diacetate, Benzyl Alcohol, Dehydroacetic Acid, Phenoxyethanol, Parfum, Benzyl Alcohol, Benzyl Salicylate, Geraniol, Buthylphenyl Methylpropional, Linalool, Hexyl Cinnamal, limonene, Alpha-Isomethyl Ionone.

Cena: ok. 30 zł/ 200 ml.

Masło zamknięte jest w wygodnym białym słoiczku, wyposażonym w plastikową nakładkę zabezpieczającą. Etykieta jest prosta i przejrzysta, dzięki czemu całość prezentuje się schludnie i estetycznie. Konsystencja produktu jest gęsta i treściwa, a zapach dość intensywny, ale świeży i przyjemny. Masło łatwo się aplikuje, ale nałożone w zbyt dużej ilości może się mazać i potrzeba chwili żeby je dobrze wsmarować. Kiedy już to zrobimy wchłania się błyskawicznie, nie pozostawiając na ciele tłustej, czy lepkiej warstwy. Działanie nawilżające oceniam jako bardzo dobre. Nie jest to jeszcze poziom maseł z The Body Shop, ale nie wiele mu brakuje. Skóra jest ukojona, odżywiona, miękka i miła w dotyku, a efekt nawilżenia utrzymuje się  przez wiele godzin.

Tak więc, jeśli chodzi o masła do ciała Mythos, zdecydowanie jestem na tak i z pewnością w przyszłości jeszcze nie raz je u mnie zobaczycie. Już narobiłam sobie wielkiej ochoty na wersję z wanilią i kokosem oraz z aloesem...

Mieliście styczność z masłami Mythos? Polubiliście je, czy wręcz przeciwnie? A może polecacie inne produkty tej firmy? Dajcie znać, jestem bardzo ciekawa :)

Pozdrawiam,
Ania

37 komentarze:

Drogi czytelniku! Skoro trafiłeś na mojego bloga, będzie mi bardzo miło jeśli zostawisz po sobie ślad w postaci komentarza i podzielisz się swoją opinią :) Jednocześnie informuję, że komentarze obraźliwe, świadczące o nie przeczytaniu artykułu lub służące wyłącznie autoreklamie będą usuwane.

Lily Lolo Candy Girl

18:43 Ania 59 Comments

Gdybym miała wskazać swoją ulubioną kategorię kosmetyków kolorowych, bez wahania wskazałabym róże. Moja kolekcja systematycznie powiększa się o nowe egzemplarze, a ja wciąż wynajduję jakieś nowe okazy, które podbijają moje serce i kiedyś absolutnie muszą być moje. Jednym z takich produktów, które zapragnęłam mieć od pierwszego wejrzenia, był róż mineralny Lily Lolo w odcieniu Candy Girl



Róż zamknięty jest w wygodnym słoiczku wykonanym z matowego białego plastiku. W połączeniu z czarną zakrętką z subtelnym logo firmy tworzą estetyczną i miłą dla oka całość. Sitko, przez które wydobywamy produkt możemy szczelnie zamknąć, co znacznie ułatwia nie tylko transport produktu, ale też podnosi komfort jego stosowania - otwierając słoiczek nie musimy się obawiać, że róż rozsypie nam się wszędzie dookoła, jak to zwykle bywa w przypadku sypkich produktów, nie posiadających takiego zabezpieczenia (serdecznie pozdrawiam mój ulubiony puder bambusowy z BU).



Odcień różu producent opisuje jako: "delikatnie połyskujący, chłodny, jasny róż" i ja się z nim zgadzam. Jak zaraz zobaczycie na swatchach róż błyszczy dość mocno, ale po roztarciu na policzkach ten połysk zdecydowanie słabnie. Nie znika jednak całkowicie i wciąż pozostaje widoczny, więc miłośniczki matów niech nawet nie patrzą w jego stronę. Połyskujące produkty mają to do siebie, że mogą podkreślać niedoskonałości cery, ale ja choć mojej cerze daleko do ideału dobrze się w nich czuję. Mam wrażenie, że wyglądam jakby zdrowiej, radośniej, bardziej dziewczęco. A może po prostu lubię błyszczeć? Tak czy inaczej, róż Candy Girl szybko stał się jednym z moich ulubionych. Całkiem ładnie się trzyma zarówno na podkładzie mineralnym Lily Lolo (KLIK), jak i kremie BB (KLIK). Jeśli tylko delikatnie musnę nim skórę, znika po ok. 6 godzinach. Jeśli nałożę więcej, trzyma się znacznie dłużej, choć w między czasie nieco blednie i traci na intensywności. 

Tak wygląda zeswatchowany:



A tak na buzi:

Róże mineralne Lily Lolo są dostępne na stronie firmy Costasy (ok. 43 zł/ 3 g). Wybór odcieni jest na tyle duży, że z pewnością każdy znajdzie coś dla siebie. Sama chętnie przygarnęłabym jeszcze jeden, co raz sobie je oglądam i mam już kilka typów, ale ciężko mi się zdecydować:/ Jeśli więc macie/miałyście jakiś inny odcień, który możecie polecić, piszcie, linkujcie. Chętnie poczytam.

Pozdrawiam,
Ania


59 komentarze:

Drogi czytelniku! Skoro trafiłeś na mojego bloga, będzie mi bardzo miło jeśli zostawisz po sobie ślad w postaci komentarza i podzielisz się swoją opinią :) Jednocześnie informuję, że komentarze obraźliwe, świadczące o nie przeczytaniu artykułu lub służące wyłącznie autoreklamie będą usuwane.

Starting Over Tag

17:10 Ania 52 Comments

Tagi na moim blogu nie pojawiają się praktycznie wcale, ale ten wyjątkowo mnie zaciekawił. Starting Over Tag w wersji oryginalnej polega na tym, że mamy sobie wyobrazić, iż wszystkie nasze kosmetyki kolorowe znikają i wskazać 10 produktów, które odkupiłybyśmy jako pierwsze. Ponieważ z makijażem nie szaleję i realizacja tego zadania byłaby dla mnie banalnie prosta, zdecydowałam się przyjąć inną wersję tego tagu zaproponowaną przez Hexxanę i wyobrazić sobie, że zniknęły wszystkie moje kosmetyki, nie tylko kolorowe, ale również te do pielęgnacji. Ciekawi co wybrałam?

 Zacznijmy od pielęgnacji:




1. Bioderma Sensibio H2O - chyba nikomu nie trzeba tego produktu przedstawiać. Micel już kultowy, najlepszy z najlepszych. Używam go od lat i choć czasem skuszę się na coś innego, to jednak zawsze do niego wracam.

2. Serum regulujące z mącznicy lekarskiej John Masters Organics (KLIK) - niezwykle lekkie i niezwykle skuteczne. Nie tylko zmniejszyło przetłuszczanie mojej tłustej cery, ale też poprawiło jej ogólną kondycję, zapewniając przy tym wystarczający poziom nawilżenia.

3. Balsam do ust Nuxe Reve de Miel (KLIK) - kolejny klasyk. Długo mu się opierałam i zwlekałam z zakupem, ale jak już spróbowałam to przepadałam. Teraz już nie wyobrażam sobie by mogło go zabraknąć. Wspaniale odżywia i pielęgnuje usta, dając długotrwałe efekty, a dzięki nieco tępej konsystencji genialnie nadaje się pod kolorowe pomadki nie zmniejszając ich trwałości.

4. Maska do włosów Organique Anti-Age - póki co najlepsza jakiej używałam. Kończę już drugie opakowanie i z pewnością będą kolejne. Po żadnym innym produkcie moje włosy nie są tak gładkie, miękkie i nawilżone, a do tego przepięknie pachną winogronami aż do następnego mycia.

5. Treściwe masło do ciała - tutaj akurat masełko Mythos z oliwką i granatem, którego aktualnie używam, ale nie musiałoby być konkretnie to. Po prostu moja skóra na ciele jest bardzo sucha i nie wyobrażam sobie funkcjonowania bez porządnego nawilżacza. Moim absolutnym faworytem są masła z The Body Shop, ale ze względu na dostępność pewnie nie mogłabym sięgnąć właśnie po nie.

A tak przedstawia się kolorówka:

6. Dr G Gowoonsesang Brightening Balm SPF 30 PA++ Super Light (KLIK) - mojej cerze daleko do doskonałości, więc nie wyobrażam sobie wyjść do ludzi bez podkładu na twarzy. Miałam swojego ulubieńca wśród tradycyjnych podkładów, bardzo polubiłam podkład mineralny, ale to właśnie ten krem BB stał się moim hitem nad hitami. Tylko on daje mi pewność, że mój makijaż będzie wyglądał nienagannie przez calutki dzień, niezależnie od pogody i stopnia mojej aktywności.

7. Tusz do rzęs - bez tuszu na rzęsach czuję się niemal naga. Moimi ulubieńcami są tusze Max Factor z serii False Lash Effect. Do tej pory byłam wierna wersji czarnej, podstawowej, ale aktualnie testuję jego młodszego brata Clump Defy Extensions i muszę przyznać, że jest równie dobry. Trzyma się cały dzień, nie kruszy, nie osypuje, no i pięknie rozdziela rzęsy.

8. Szminka MAC Bombshell (KLIK) - pomadek ci u mnie dostatek, ale gdybym miała wskazać jedną, taką naj, naj byłaby to właśnie ona. Ma przecudny różany kolor z metalicznym złotym połyskiem i wspaniale ożywia twarz.

9. Rozświetlacz MAC Lightscapade (KLIK) - ideał dla jasnych i chłodnych karnacji. Daje subtelny efekt, idealny na co dzień.

10. Róż MAC Well Dressed (KLIK) - róże to moja ogromna słabość, kocham wszystkie swoje egzemplarze bez wyjątku i noszę w zależności od nastroju. Wiedząc jednak, że mogę wybrać tylko jeden, postawiłam na najsłynniejszy macowy odcień. Jest bardzo uniwersalny i z pewnością nie da się zrobić sobie nim krzywdy.

A jak wyglądałaby Wasza dziesiątka?

Pozdrawiam,
Ania

52 komentarze:

Drogi czytelniku! Skoro trafiłeś na mojego bloga, będzie mi bardzo miło jeśli zostawisz po sobie ślad w postaci komentarza i podzielisz się swoją opinią :) Jednocześnie informuję, że komentarze obraźliwe, świadczące o nie przeczytaniu artykułu lub służące wyłącznie autoreklamie będą usuwane.

Yankee Candle Summer Scoop

18:35 Ania 41 Comments

Summer Scoop to jeden z najbardziej znanych zapachów Yankee Candle. Producent opisuje go jako aromat kremowych lodów truskawkowych domowej roboty, ale nie do końca się z tym zgodzę.

Muszę przyznać, że zapach mnie nieco rozczarował. Przede wszystkim jest bardzo, bardzo słodki. Po części się na to nastawiałam, bo to w końcu zapach lodów, ale i tak ilość cukru w tych lodach przerosła moje najśmielsze oczekiwania. Po drugie, w żadnym wypadku nie są to lody domowe. Raczej powiedziałabym, że sklepowe i to też tak z niższej półki. Sztuczne i chemiczne, nigdy nawet nie leżały obok prawdziwych truskawek. Pełno w nich konserwantów, sztucznych barwników i aromatów, polepszaczy smaku. Mimo to jednak, nie mogę z całą stanowczością powiedzieć, że mi się nie podoba. Po prostu muszę mieć na niego ochotę.

Pozdrawiam,
Ania

41 komentarze:

Drogi czytelniku! Skoro trafiłeś na mojego bloga, będzie mi bardzo miło jeśli zostawisz po sobie ślad w postaci komentarza i podzielisz się swoją opinią :) Jednocześnie informuję, że komentarze obraźliwe, świadczące o nie przeczytaniu artykułu lub służące wyłącznie autoreklamie będą usuwane.

Kosmetyczne Skarby cz. 6 - lakiery do paznokci

16:32 Ania 72 Comments

Ależ ten czas leci. Dopiero co zgłaszałam u Hexxany chęć udziału w zabawie, a tu już akcja Kosmetyczne Skarby dobiega końca. Zapraszam Was dzisiaj na przedostatni wpis z serii, w którym pokażę Wam moją wesołą lakierową rodzinkę (kto zgadnie jakie odcienie lakierów dominują w mojej kolekcji?).



Już nie raz wspominałam na blogu, że nie lubię malować paznokci, ale to oczywiście nie przeszkadza mi pałać miłością do pięknych lakierów. Logiczne jest więc, że wcześniej, czy później musiał i mnie dopaść powszechny szał na Essie. Aktualnie lakierów tej marki mam najwięcej, bo dziewięć (w tym jedną miniaturkę). Nie wszystkie są idealne, ale wszystkie bardzo lubię, a na mojej chciejliście wiszą nazwy kolejnych odcieni.

Od lewej: Good To Go (KLIK) - wspaniały top coat, naprawdę przyspiesza wysychanie lakieru nie ściągając go, Mademoiselle (KLIK) - bardzo ładny dzienniak, dający efekt zdrowych i zadbanych paznokci, Eternal Optimist (KLIK) - piękna mieszanka różu i beżu, Island Hopping - wspaniały zgaszony fiolet, idealny na jesień.

Od lewej: Cute As A Button (KLIK) - koral idealny, który gościł na moich stopach non stop przez ostatnie 3 miesiące, Status Symbol (KLIK) - radosny, żywy róż, Big Spender (KLIK) - niesamowite połączenie różu, fioletu i czerwieni, ale uwaga! barwi płytkę, A List - piękna jesienna czerwień podszyta fuksją, Naughty Nautical (miniaturka) - morski ze srebrnym shimmerem.

Drugą najliczniejszą gromadkę stanowią produkty Golden Rose. Posiadam trzy odcienie z serii Rich Color:

Od lewej: 64, 67, 24 (KLIK).

Dwa odcienie z serii Jolly Jewels:

Od lewej: 102 (KLIK) i 103 (KLIK).

Oraz dwa odcienie z serii Matte:

Od lewej: 28, 31. Oba matowe lakiery GR były częścią nagrody z rozdania u Gosi i jeszcze ich nie używałam, podobnie jak trzeciego lakieru na zdjęciu z firmy Kinetics w odcieniu Raspberry Cream. Dostałam go w prezencie od Lipstickonthemap.

W mojej kolekcji nie mogło zabraknąć produktów naszego rodzimego Inglota:

Od lewej:  S-Bond Treatment - odżywka z metioniną, moja ulubiona na łamliwe i rozdwajające się paznokcie, 384 - piękny pastelowy róż ze złotym shimmerem, którego niestety nie widać na paznokciach, 874 (KLIK) - nudziak idealny. Ostatni na zdjęciu znajduje się lakier firmy Anny w odcieniu 248 Sweet Muse (KLIK), który kiedyś wygrałam u Eli.

Lakiery Rimmel Lycra Pro widnieją już na wizażu jako kosmetyki zapomniane i faktycznie w drogeriach już ich nie dostaniemy, ale ponoć można je jeszcze znaleźć online. Bardzo je lubiłam i kiedyś miałam więcej odcieni, ale do dziś przetrwały tylko dwa. Maluchy z Max Factor zakupiłam przy okazji jakiejś promocji w Rossmannie i choć są urocze, rzadko po nie sięgam ze względu na naprawdę maciupeńki pędzelek, który w moich niewprawnych rękach stanowi nie lada wyzwanie.

Od lewej: Rimmel 285 White Orchid, Rimmel 306 Velvet Rose, Max Factor 26 Cappuccino, Max Factor 12 Diva Pink.

W sumie moja kolekcja liczy 25 buteleczek. Dla jednych będzie to dużo, dla innych mało, ale mi wydaje się tak w sam raz. Jest w czym wybierać, a jednocześnie mam poczucie, że jak bym dokupiła jeszcze kilka buteleczek, to nic by się nie stało :)

Pozdrawiam,
Ania

72 komentarze:

Drogi czytelniku! Skoro trafiłeś na mojego bloga, będzie mi bardzo miło jeśli zostawisz po sobie ślad w postaci komentarza i podzielisz się swoją opinią :) Jednocześnie informuję, że komentarze obraźliwe, świadczące o nie przeczytaniu artykułu lub służące wyłącznie autoreklamie będą usuwane.

Minerały od Lily Lolo

21:28 Ania 57 Comments

Kosmetyki mineralne kusiły mnie już od dawna. Regularnie co jakiś czas miałam takie fazy, że moje zainteresowanie nimi gwałtownie rosło (głównie pod wpływem blogów, a jakże), już byłam zdecydowana, że wypróbuję, po czym włączała się moja pesymistyczno-katastroficzna natura, która stawiała mi przed oczami wszystkie najczarniejsze scenariusze i ostatecznie rezygnowałam. Podejrzewam, a w zasadzie wiem, że gdyby nie współpraca z firmą Costasy, jeszcze długo (nigdy?) nie odważyłabym się na przygodę z minerałami.

Czego tak się obawiałam? Wielu rzeczy. Zapchania, wysypu i pogorszenia stanu mojej już i tak problematycznej cery. Pudrowej formuły, podkreślającej wszystkie rozszerzone pory i nawet najdrobniejsze zmarszczki. Nie estetycznego warzenia się i spływania, kompletnego barku trwałości. Efektu maski. Skomplikowanej aplikacji.

Trochę tego jest, prawda? A jak się mają te wszystkie obawy do rzeczywistości? A no nijak :)

Lily Lolo podkład mineralny SPF 15  bardzo pozytywnie mnie zaskoczył. Po pierwsze aplikacja okazała się bajecznie prosta i zajmuje mi znacznie mniej czasu niż w przypadku podkładów tradycyjnych. Po drugie nie spełniła się żadna z moich obaw, o których pisałam wyżej :) Podkład aplikowany cienkimi warstwami nie podkreśla rozszerzonych porów, nie wpłynął w żaden negatywny sposób na moją cerę, a także okazał się zaskakująco trwały. Nałożony bezpośrednio na krem z filtrem Bioderma Photoderm Max Fluide SPF 50+ wygląda nienagannie przez ok. 6-8 godzin w zależności od temperatury otoczenia i mojej aktywności. Jeśli przed aplikacją podkładu przypudruję twarz pudrem bambusowym, trzyma się calutki dzień, bez żadnego ważenia, czy ścierania. Przetrwał nawet kilkudziesięciokilometrową wyprawę rowerową :) Nie wątpliwą zaletą jest również duży wybór odcieni, wśród których na pewno każdy znajdzie coś dla siebie (KLIK). Ja wybrałam odcień China Doll, najpopularniejszy wśród bladolicych i pasuje mi idealnie. Jest wystarczająco jasny, ma neutralny odcień i nie ciemnieje w ciągu dnia. Poziom krycia jaki zapewnia podkład to lekki do średniego. U mnie nie dawał rady jedynie najświeższym przebarwieniom pozapalnym i większym wypryskom, wszystko inne ładnie zakrywał.

Lily Lolo puder rozświetlający Translucent Silk okazał się absolutnym hitem i zdążył się już znaleźć w sierpniowych ulubieńcach (KLIK). Daje na twarzy efekt photoshopowego rozświetlenia, jakie znamy ze zdjęć w kolorowych czasopismach. Wiem, że często właścicielki cer tłustych/mieszanych boją się tego typu produktów, ale naprawdę niepotrzebnie. Zapewniają one skórze taki zdrowy blask, który nie ma nic wspólnego z tym błyszczeniem, którego chcemy się pozbyć. Zresztą w zależności od upodobań możemy stosować puder na całą twarz lub tylko na wybrane obszary. Ponieważ puder ma biały kolor, a ten delikatny blask jaki zapewnia ma chłodny, srebrzysty odcień polecałabym go raczej osobom o jasnej i chłodnej karnacji.



Lily Lolo pędzel Super Kabuki wykonany jest z włosia syntetycznego. Jest bardzo solidnie i estetycznie wykonany, włosie jest niezwykle milutkie i przyjemne w dotyku. Czytałam opinie, że pędzel jest dość duży przez co ciężko o precyzyjną aplikację np. w okolicy skrzydełek nosa, ale ja nie miałam z tym większych problemów. Naprawdę świetnie się sprawdzał zarówno w aplikacji podkładu, jak i pudru, a kilka razy zdarzyło mi się nawet aplikować nim róż i również byłam zadowolona z efektu.

Podsumowując, moja przygoda z minerałami okazała się bardzo owocna. Czy przerzucę się całkowicie na taką formę makijażu? Nie, raczej nie. Ale uważam, że jest to bardzo fajna alternatywa dla tradycyjnych podkładów, czy kremów BB, zwłaszcza na te dni kiedy potrzebujemy czegoś lżejszego, żeby nie obciążać zbytnio naszej skóry.

Kosmetyki mineralne i pędzle Lily Lolo kupicie na stronie firmy Costasy. Aktualnie wybrane produkty są objęte rabatem -15%.

Pozdrawiam,
Ania

57 komentarze:

Drogi czytelniku! Skoro trafiłeś na mojego bloga, będzie mi bardzo miło jeśli zostawisz po sobie ślad w postaci komentarza i podzielisz się swoją opinią :) Jednocześnie informuję, że komentarze obraźliwe, świadczące o nie przeczytaniu artykułu lub służące wyłącznie autoreklamie będą usuwane.

Maska do włosów Biovax Gold

19:07 Ania 58 Comments

Jakiś czas temu firma L'biotica wypuściła limitowaną serię maseczek Biovax Gold z arganem i 24-karatowym złotem. Lubię maseczki Biovax, moje włosy lubią olej arganowy, więc od razu zapragnęłam przetestować tą nowość, będąc święcie przekonana, że ta przygoda nie może się nie udać. A jednak.

Maseczka zamknięta jest w klasycznym dla marki plastikowym słoiczku, o nieco zmniejszonych wymiarach (mniejsza pojemność).  Ma gęstą konsystencję, lekko żółty kolor i bardzo przyjemny zapach. Po rozsmarowaniu na dłoni wyraźnie dostrzeżemy w niej maleńkie złote drobinki, które niestety nie są później widoczne na włosach.

Przyznaję bez bicia, że strasznie się na tą maseczkę napaliłam i wiele sobie po niej obiecywałam. Tym większe więc było moje rozczarowanie działaniem tego cuda. Maska nie robiła dosłownie nic pozytywnego z moimi włosami. Sprawiała, że były matowe, suche, szorstkie i lepiące w dotyku. Wyglądały jak siano i ciężko było je rozczesać, nawet po użyciu silikonowego serum. Zużyłam ją do połowy najpierw nie podejrzewając, że to ona jest winna takiemu stanowi moich włosów, a potem licząc na jakiś pozytywny zwrot akcji. Kiedy jednak ten nie nastąpił, postanowiłam nie katować dłużej i siebie i swoich włosów i znalazłam jej nowy dom.

Skład: Aqua, Cetyl Alcohol, Glycerin, Cetearyl Alcohol, Ceteareth-20, Quaternium-87, Cetrimonium Chloride, Argania Spinosa Kernel Oil, Colloidal Gold, Betain, Acetylated Lanolin, Lawsonia Inermis Leaf Extract, Parfum, Benzyl Alcohol, Methylisothiazolinone, Methylchloroisothiazolinone, Potassium Sorbate, Sodium Benzoate, Citric Acid, Calcium Aluminium Borosilicate, Silica, Tin Oxide, C.I 77891, C.I. 77491, C.I 19140, C.I. 15985, Geraniol

Cena: ok. 25 zł/ 125 ml

U mnie maseczka nie sprawdziła się kompletnie, ale wiadomo, każdy z nas jest inny. Gdyby któraś z Was miała ochotę przetestować na sobie jej działanie, to aktualnie można nabyć ją w Super-Pharm za połowę ceny (12,99 zł). Promocja potrwa do 17 września.

Pozdrawiam,
Ania

58 komentarze:

Drogi czytelniku! Skoro trafiłeś na mojego bloga, będzie mi bardzo miło jeśli zostawisz po sobie ślad w postaci komentarza i podzielisz się swoją opinią :) Jednocześnie informuję, że komentarze obraźliwe, świadczące o nie przeczytaniu artykułu lub służące wyłącznie autoreklamie będą usuwane.

Essie Eternal Optimist

18:29 Ania 60 Comments

Gdybym miała jednym słowem określić swój styl, zdecydowanie było by to słowo "klasyka". Proste fasony i stonowane kolory to to, w czym czuję się najlepiej. Nie dla mnie neony, odważne połączenia i sezonowe trendy. Dotyczy to nie tylko ubioru, czy dodatków, ale również... lakierów do paznokci.

Próżno by szukać w mojej lakierowej kolekcji szalonych odcieni. Dominują w niej róże (a jakżeby inaczej), nudziaki, jest też odrobina czerwieni. Głównie wybieram odcienie zgaszone, nie rzucające się w oczy. Nieco żywsze trafiają jedynie na stopy i to też tylko latem. Dziś chciałabym pokazać Wam lakier, w którym zakochałam się od pierwszej aplikacji, i który od kilku tygodni nie znika z moich dłoni. Mowa o Essie Eternal Optimist.


W buteleczce wygląda dość niepozornie i dopiero nałożony na paznokcie pokazuje swą moc. Jego odcień opisałabym jako przybrudzony, zgaszony róż z domieszką beżu, choć w zależności od oświetlenia można dopatrzeć się w nim również odrobiny fioletu. Idealny do jasnej karnacji. 

Jakościowo lakier jest absolutnie bez zarzutu. Ma cudownie kremową konsystencję, bajecznie się aplikuje, a jego trwałość przechodzi najśmielsze oczekiwania. U mnie pokryty Good To Go trzyma się nawet do 10 dni z lekko startymi końcówkami. Z pewnością wytrwałby jeszcze dłużej, ale mimo ambitnych zamierzeń zbrakło mi cierpliwości by to sprawdzić. Zwykle po tygodniu drażnił mnie już zbyt duży odrost płytki.

Tak prezentuje się na dłoniach: 


Gorąco polecam go wszystkim bladziochom i miłośniczkom jasnych, dyskretnych odcieni. Eternal Optimist jest naprawdę piękny w swej delikatności i prostocie, pasuje do wszystkiego i na każdą okazję. Taka mała dawka optymizmu na co dzień.

Pozdrawiam,
Ania

60 komentarze:

Drogi czytelniku! Skoro trafiłeś na mojego bloga, będzie mi bardzo miło jeśli zostawisz po sobie ślad w postaci komentarza i podzielisz się swoją opinią :) Jednocześnie informuję, że komentarze obraźliwe, świadczące o nie przeczytaniu artykułu lub służące wyłącznie autoreklamie będą usuwane.

Caudalie Peche de Vigne

20:45 Ania 35 Comments

Pierwszy raz z marką Caudalie zetknęłam się na początku tego roku. Moje dotychczasowe doświadczenia z ich produktami były na tyle pozytywne, że kiedy podczas ostatnich aptecznych zakupów rozglądałam się za jakimś żelem pod prysznic, mój wybór padł właśnie na jedną z propozycji tej firmy, a mianowicie Peche de Vigne (ok. 30 zł/200 ml).

Żel zamknięty jest w wygodnej plastikowej tubce o soczystym kolorze i prostej grafice. Formuła żelu oparta została na łagodnej bazie myjącej pochodzenia roślinnego, chroniącej fizjologiczne pH skóry. Nie zawiera parabenów, fenoksyetanolu, ftalanów, olei mineralnych, SLES oraz składników pochodzenia zwierzęcego. Producent chwali się również, że żel został wzbogacony sokiem z aloesu, ale ten znajduje się dopiero na końcu składu:

Aqua (Water), Decyl Glucoside, Sodium Cocoyl Glutamate, Glycerin, Sucrose Cocoate, Parfum (Fragrance), Acrylates/C10-30 Alkyl Acrylate Crosspolymer, Caprylyl Glycol, Potassium Sorbate, Citric Acid, Aloe Barbadensis Leaf Juice, Benzyl Salicylate, Linalool


Sam produkt ma typowo żelową konsystencję, jest dość gęsty i przeźroczysty. Zapach z założenia miał być brzoskwiniowy i faktycznie czuć tu zapach najprawdziwszej brzoskwini. Niestety jednak, temu przyjemnemu owocowemu aromatowi towarzyszy jakaś fałszywa nuta, która pachnie dziwnie i nieprzyjemnie. Żel całkiem ładnie się pieni, nie podrażnia i nie wysusza skóry. W tracie użycia sprawia wrażenie jakby się nieco lepił, ale po spłukaniu i osuszeniu ciała ręcznikiem to uczucie znika. Wydajność oceniłabym jako dobrą, stosowaliśmy go wspólnie z mężem przez ok. miesiąc.

Czy go polecam? Raczej nie. I to wcale nie dlatego, że produkt jest zły, bo nie jest. Po prostu rozczarował mnie zapachem, a i ta lepkość podczas mycia była dość irytująca. Zresztą przyznam szczerze, że nie jestem fanką zbyt łagodnych myjadeł do ciała. Zawsze mam wrażenie, że mają problem z dokładnym zmyciem antyperspirantu, a mam małego hopla na typ punkcie. Dlatego wolę ładnie pachnące żele ze SLES, po których skóra jest naprawdę dobrze oczyszczona. Wtedy nasmaruję się treściwym masłem i mogę spać spokojnie :)

Pozdrawiam,
Ania

35 komentarze:

Drogi czytelniku! Skoro trafiłeś na mojego bloga, będzie mi bardzo miło jeśli zostawisz po sobie ślad w postaci komentarza i podzielisz się swoją opinią :) Jednocześnie informuję, że komentarze obraźliwe, świadczące o nie przeczytaniu artykułu lub służące wyłącznie autoreklamie będą usuwane.

Kosmetyczne Skarby cz. 5 - błyszczyki i pomadki

19:33 Ania 62 Comments

Znów z lekkim poślizgiem, ale w końcu udało mi się przygotować dla Was kolejną część Kosmetycznych Skarbów. Tym razem  zapraszam Was do obejrzenia mojej kolekcji pomadek i błyszczyków.


Największą dumą mojej kolekcji są trzy pomadki firmy MAC: Plumful (KLIK), Bombshell (KLIK) oraz See Sheer. Długo się zbierałam do zakupu pierwszej, ale jak już spróbowałam to przepadłam. Od tamtej pory lista odcieni, które chciałabym posiadać stale rośnie, a ja tak po cichutku marzę, że kiedyś uda mi się ją zrealizować.

Pomadkę Lily Lolo w odcieniu Romantic Rose otrzymałam kilka tygodni temu w ramach współpracy z firmą Costasy i szybko polubiłam. Nie tylko za piękny kolor i pielęgnującą formułę, ale także za cudownie kremową konsystencję, która idealnie się rozprowadza i świetnie nosi. Rimmel Airy Fairy to była jedna z moich pierwszych kolorowych pomadek i mam do niej ogromny sentyment. Delikatny i trwały kolor sprawia, że szminka świetnie się sprawdza w pracy, w przeciwieństwie do KIKO Smart Lipstic 920, której intensywny i odważny odcień zostawiam sobie na wyjścia.

Do jednych z moich pierwszych pomadek należą również pomadko-błyszczyki Celia Nude w odcieniach 602 i 603. Uwielbiam je za obłędny winogronowy zapach i piękne, solidne opakowania, które prezentują się niezwykle elegancko, zupełnie niewspółmiernie do ceny, czego z kolei nie można powiedzieć o opakowaniach Wibo Eliksir (KLIK). Są to prawdziwe plastikowe koszmarki, które skutecznie odstraszają od zakupu, warto jednak przemóc obrzydzenie, bo pod tą tandetną osłonką, kryją się produkty bardzo dobrej jakości. Posiadam dwa odcienie: 06 i 07.

L'Oreal Rouge Caresse w odcieniu 101 Tempting Lilac i Maybelline Color Whisper 220 Lust For Blush to bardzo bezpieczne propozycje, idealne do szkoły/pracy, które umożliwiają nam poprawki makijażu bez konieczności sięgania po lusterko. Bardziej treściwe i mocniej napigmentowane masełko do ust Revlon Colorburst Lip Butter w żywym odcieniu 090 Sweet Tart nie daje takich możliwości, ale za to zapewnia kolor na dłużej.

L'Oreal Color Riche Extraordinaire Liquid Lipstick (KLIK) to szminka, błyszczyk i pielęgnacja zamknięte w jednym, bardzo miłym dla oka opakowaniu. Odcień 102 Rose Finale skradł moje serce od pierwszego wejrzenia. Błyszczyk Stila Lip Glaze w odcieniu Kaleidoscope to podwójna dawka połysku z milionem maleńkich drobinek. Nie polecam do stosowania solo, ale nałożony w minimalnej ilości na środek pomalowanych wcześniej szminką ust daje naprawdę fajny efekt. Lakier do ust Golden Rose Luxury Rich Color Lipgloss (posiadam odcień 04) to produkt dla koneserów gęstych klejących konsystencji. Na pewno nie przypadnie do gustu każdemu, ale za to odwdzięczy się intensywnym i trwałym kolorem.


A tak prezentują się swatche całej kolekcji:


Wszystkie swoje pomadki/błyszczyki stosuję zamiennie, w zależności od okazji, dnia, stroju i nastroju. Czasem mam różnego rodzaju fazy i przez kilka tygodni używam jednego produktu non stop, po to by później o nim zapomnieć, a odkryć coś innego. Ostatnio próbowałam przeprowadzić małą selekcję i wytypować egzemplarze do zużycia, żeby zrobić miejsce na nowe, ale wierzcie mi, choć bardzo chciałam, nie wyszło. Lubię każde z tych swoich mazideł i chcę, żeby były ze mną jak najdłużej.
Pozdrawiam,
Ania

62 komentarze:

Drogi czytelniku! Skoro trafiłeś na mojego bloga, będzie mi bardzo miło jeśli zostawisz po sobie ślad w postaci komentarza i podzielisz się swoją opinią :) Jednocześnie informuję, że komentarze obraźliwe, świadczące o nie przeczytaniu artykułu lub służące wyłącznie autoreklamie będą usuwane.

Projekt denko sierpnień 2014

20:27 Ania 66 Comments

Sierpień był bardzo owocny w zużycia, więc uprzedzam, że dzisiejszy denkowy post będzie dosyć długi. Cierpliwych zapraszam do czytania, a tych mniej zachęcam chociaż do przejrzenia zdjęć:)


No to po kolei...

1. Tonik łagodzący Pat & Rub (KLIK) - mój pierwszy tonik od dawien dawna i od razu trafił do ulubieńców (KLIK). Robi dobrze mojej tłustej i wrażliwej buźce, która dzięki niemu czuje się i wygląda lepiej niż zwykle. Druga buteleczka już stoi w łazience.

2. Bioderma Sensibio H2O - pojawia się w każdym moim denku, więc komentarz jest chyba zbędny. Nowe opakowanie już w użyciu, a kolejne czeka w zapasach.

3. Maybelline Affinitone Concealer - mój ulubiony korektor pod oczy. Jest bardzo lekki, a mimo to całkiem ładnie kryje cienie i zaczerwienienia. Przypudrowany trzyma się cały dzień, nie wchodzi w załamania. Często używam go również na twarz do zamaskowania mniejszych niedoskonałości i tu również spisuje się dobrze. Kolejne opakowanie mam już w użyciu.

4. Dermedic Sunbrella SPF 20 - pomadka ochronna z filtrem. Spełniała swoje zadanie, ale szału nie robiła. Nawilżenie było dość przeciętne, lekko bieliła usta. Opakowanie po noszeniu w torebce wygląda tak, że wstyd już je było wyciągać. Powrotu nie wykluczam, ale na razie nie planuję. Będę próbowała znaleźć coś lepszego.

5. Olejek tamanu (KLIK) - to obowiązkowa pozycja w mojej kosmetyczce. Nakładam go punktowo na wypryski, zajady, drobne ranki, czy zmiany azs, a także dodaję kilka kropli do glinek. W każdej roli sprawdza się świetnie. Nowa buteleczka już w użyciu.

6. Balsam do ust EOS Raspberry & Pomegranate - to już moje któreś jajeczko z kolei. Bardzo je lubię, choć właściwości pielęgnacyjne nie powalają. Za to wygląd, zapach i skład tak:) Na razie robię sobie od nich przerwę, ale kiedyś jeszcze na pewno wrócę.

7. Mydło w piance Bath & Body Works (KLIK) - ma ciekawą formułę delikatnej pianki i przepiękny jabłkowy zapach. Po użyciu skóra jest lekko ściągnięta, ale mi to nie przeszkadza, bo i tak zawsze sięgam po krem. Z pewnością kupię ponownie, jak tylko nadarzy się okazja:)

8. Żel pod prysznic Balea Street Art - całkiem przyjemne myjadło, choć nie tak, jak wersja arbuzowa (KLIK). Zapach miał być pomarańczowy, ale w rzeczywistości z pomarańczą nie wiele ma wspólnego. Jest dość sztuczny i słodki, ale ostatecznie można go uznać za całkiem przyjemny. Po żele Balea chętnie jeszcze sięgnę w przyszłości, ale raczej nie po tą konkretną wersję.

9. Lactacyd Femina Plus - płyn ginekologiczny do higieny intymnej o bardzo przyjemnym krótkim składzie, bez zbędnej chemii za to z wysoką zawartością kwasu mlekowego i niskim pH. Kolejna buteleczka w użyciu.

10. Hipoalergiczne masło do ciała Pat & Rub - uwielbiam za zapach. Działanie nie powala niestety, przynajmniej na mojej bardzo suchej skórze. Masełko ładnie ją zmiękcza i wygładza, ale nawilżenie jest zbyt słabe i krótkotrwałe, przez co muszę się wspomagać innymi produktami lub częściej ponawiać aplikację. Mimo to, nie wykluczam powrotów.

11. Krem ochronny Bambino - kiedyś był punktem obowiązkowym, ale potem odkryłam Avene Cicalfate i poszedł w odstawkę. Nawet nie wiem ile czasu leżał zapomniany, w każdym razie termin ważności już dawno mu minął. Nie kupię ponownie.

12. Masło do ciała The Body Shop Wild Argan Oil (50 ml) - masła TBS to najlepsze masła do ciała pod słońcem. Moja skóra je wielbi, bo tylko one dają jej tak długotrwałe uczucie komfortu. Nowa wersja niczym nie odbiega pod tym względem. Jak tylko będę miała okazję, z chęcią kupię pełnowymiarowe opakowanie.

13. Krem do stóp 15% masła shea The Secret Soap Store (KLIK) - nie sprawdził się u mnie kompletnie. W ogóle nie nawilżał skóry, a wręcz miałam wrażenie, że ją wysusza. Nie kupię już nigdy, przenigdy.

14. Krem do rąk 20% masła shea The Secret Soap Store (KLIK) - zupełne przeciwieństwo kremu do stóp. Jest po prostu wspaniały. Treściwy i potrzebuje chwilki żeby się wchłonąć, ale za to fenomenalnie nawilża i odżywia nawet bardzo suche dłonie. Szczególnie mocno doceniam go zimą lub w czasie nawrotów azs. W dodatku przepięknie pachnie słodką wanilią - aż dostaję ślinotoku przy każdej aplikacji. To już moje chyba czwarte opakowanie i z pewnością będą kolejne.

15. Krem do rąk Origins Make A Difference (KLIK) - bardzo przyjemny kremik do rąk o bogatym składzie i świetnym działaniu. Przyjemny owocowo-ziołowy zapach i urocze opakowanie umilają stosowanie. Mam nadzieję, że kiedyś spotkamy się ponownie.

16. Odżywka do paznokci z metioniną Inglot S-Bond Treatment - nie udało mi się jej zużyć przed upływem terminu ważności, bo jest bardzo wydajna. Już po kilku użyciach doprowadza cienkie, łamliwe i rozdwajające się paznokcie do ładu. Nowa buteleczka już w użyciu.

17. Zmywacz do paznokci Inglot - mój absolutny ulubieniec, nawet nie wiem ile buteleczek już zużyłam. Świetnie zmywa nawet ciemne emalie, nie marze, nie wysusza paznokci ani skórek. Pozostawia tłustą powłoczkę, więc z kolejnym malowaniem trzeba odczekać, albo użyć odtłuszczacza. Kolejna butla w użyciu.

18. Korektor lakieru do paznokci Inglot (KLIK) - cudowny wynalazek, który bardzo ułatwia życie. Dzięki niemu możemy szybko i sprawnie dokonać poprawek, jeśli w trakcie malowania lakier wyleje nam się poza płytkę paznokcia. Służył mi od końca grudnia zeszłego roku stosowany zwykle 1-2 razy w tygodniu. Na pewno kupię kolejny.

19. Łagodny szampon dla dzieci Little Siberica (KLIK) - mały koszmarek, który nie tylko strasznie plącze włosy, ale jeszcze okropnie śmierdzi. Nie kupię ponownie.

20. Odżywka do włosów i skóry głowy Jantar Farmona - bardzo, bardzo lubię. Aplikuję ją zakraplaczem do oczu miejsce przy miejscu, a potem masuję głowę, najpierw opuszkami palców, a potem szczotką Tangle Teezer. I tak codziennie przez trzy tygodnie. Potem robię tydzień przerwy i od nowa. Stosowana regularnie naprawdę zwiększa przyrost. Kolejna buteleczka w użyciu.

21. Jedwab do włosów Green Pharmacy - jest dla mnie niezastąpiony. Mam cienkie i delikatne włosy, podatne na uszkodzenia, a moją zmorą zawsze były rozdwajające się końcówki. Odkąd zaczęłam używać tego serum nie mam ani jednej. Nowe opakowanie już stoi na półce.

I na koniec kilka próbek: 

Krem pod oczy Macrovita z oliwą z oliwek i mleczkiem pszczelim - dostałam tą próbkę do zakupów na merlin.pl, wcześniej nigdy nie spotkałam się z tą marką. Krem zrobił na mnie bardzo pozytywne wrażenie. Jest bardzo gęsty i treściwy, świetnie nawilża i odżywia skórę wokół oczu, delikatnie ją natłuszcza. Wydajność również na plus - taka mała próbeczka starczyła mi na trzy tygodnie stosowania raz dziennie na noc. Poważnie rozważam zakup pełnego opakowania.

Żel pod oczy Clarins - nie, nie i jeszcze raz nie. Nie nawilża, nie zmniejsza cieni, a w dodatku strasznie się lepi.

Odżywki do włosów  John Masters Organics Lawenda i awokado oraz Cytrus i gorzka pomarańcza - obie bardzo przyjemne, zostawiały włosy miękkie i dobrze nawilżone. Obie z chęcią zakupię w pełnym wymiarze.

Żel pod prysznic czerwona pomarańcza i wanilia John Masters Organics - przyjemne, delikatne myjadło o ładnym, słodkim zapachu. Chciejstwa wielkiego nie wzbudziło, ale kto wie, może kiedyś się skuszę.

I to już wszystko, co udało mi się zużyć w sierpniu. Idę się teraz tego wszystkiego pozbyć, licząc na to, że w końcu zrobi mi się nieco luźniej w szafce, a Wy w tym czasie dajcie znać, jak tam Wasze zużycia.

Pozdrawiam,
Ania

66 komentarze:

Drogi czytelniku! Skoro trafiłeś na mojego bloga, będzie mi bardzo miło jeśli zostawisz po sobie ślad w postaci komentarza i podzielisz się swoją opinią :) Jednocześnie informuję, że komentarze obraźliwe, świadczące o nie przeczytaniu artykułu lub służące wyłącznie autoreklamie będą usuwane.