WYKOŃCZYŁAM ICH... MAJ '15

23:35 Ania 44 Comments

Już za kilkadziesiąt minut pożegnamy miesiąc maj, myślę więc, że to dobry moment by razem z nim pożegnać zużyte w tym czasie produkty i wejść w czerwiec z czystym kontem i pustą denkową siateczką.


Paula's Choice Skin Perfecting 2% BHA Liquid -  tonik z 2% kwasem salicylowym, który bardzo przypadł mi do gustu. Trochę trwało zanim moja skóra się do niego przyzwyczaiła i przestała reagować zaczerwienieniem, ale warto było czekać. Wypryski i zaskórniki nie mają z nim szans. Już przymierzam się do zakupu kolejnej buteleczki i napisania dla Was szerszej recenzji.

Pat & Rub hipoalergiczny balsam do rąk - bardzo przyjemny kremik w wygodnym opakowaniu z pompką, świetnie sprawdza się na stoliku nocnym. Wersja hipoalergiczna jest jedną z moich ulubionych pod względem zapachu, zwłaszcza w okresie wiosenno-letnim. Kolejne opakowanie w użyciu.

Bioderma Sensibio H2O - ukochany micel ever. Świetnie usuwa makijaż, nie podrażnia, nie wysusza. Kolejna buteleczka już stoi w łazience, następna czeka w zapasach.

Balsam do włosów na kwiatowym propolisie - kilka lat temu sprawdzał się u mnie wyśmienicie, teraz kiedy moje włosy są w nieco gorszej kondycji jego działanie było dla mnie zbyt słabe. Zużyłam go więc jako odżywkę do mycia włosów i w tej roli spisał się na medal. Włosy były świeże, gładkie i miłe w dotyku.

Mydło w piance Bath & Body Works - bardzo przyjemny łazienkowy gadżet o pięknym wyglądzie i jeszcze piękniejszym zapachu. Cena regularna jest jak dla mnie mocno przesadzona, ale na promocjach z pewnością będę się zaopatrywać w kolejne opakowania.

Phenome Calming Blemish Cleanser - delikatny żel do oczyszczania twarzy o świeżym jabłkowym zapachu. Ładnie oczyszcza skórę, nie podrażnia jej, nie wysusza. Jedynym mankamentem tego produktu jest opakowanie ze zbyt dużym otworem, które kompletnie nie współgra z jego lejącą konsystencją. Mimo to, chętnie kiedyś jeszcze do niego wrócę.


Krem do rąk Palmer's z masłem kakaowym - bardzo fajny produkt, ładnie nawilżał dłonie, jak na swoją treściwą konsystencję całkiem szybko się wchłaniał i miał przyjemny kakaowy zapach. Był na tyle dobry, że postanowiłam przetestować również inne warianty. Aktualnie używam wersji z masłem shea i muszę przyznać, że jest jeszcze lepsza. 

Zmywacz do paznokci Inglot - dla mnie najlepszy zmywacz na rynku. Bezproblemowo zmywa każdą emalię i ładnie natłuszcza paznokcie, chroniąc płytkę przed przesuszeniem. Kolejne opakowanie w użyciu.

Antyperspirant Vichy - mój ulubieniec od lat. Odkąd pamiętam zawsze miałam problemy z dość intensywnym poceniem i to jak na razie jedyny produkt, który daje mi poczucie komfortu. Kolejne opakowanie w użyciu.

The Body Shop masło do ciała papaja - masła TBS są moimi ulubionymi, jako jedyne nawilżają moją bardzo suchą skórę na tak długi okres czasu. Wersję z papają miałam po raz pierwszy, ale myślę, że nie ostatni, bo zapach bardzo przypadł mi do gustu.

The Body Shop brzoskwiniowy żel pod prysznic - jak wszystkie żele TBS przyjemnie myje skórę, nie wysusza, dobrze się pieni i jest bardzo wydajny. Zapach miał przyjemny, słodki, owocowy, ale nieco sztuczny. Teraz używam wersji malinowej, która zapachem również nie zachwyca. Następnym razem muszę zrobić zapas mojej ukochanej truskawki.

Wśród zużytych w maju próbek znalazły się: olejek rozświetlający Pat & Rub (całkiem ładnie wyglądał na skórze), antyoksydacyjny krem na dzień z różą i morelą John Masters Organics (przyjemna, lekka konsystencja, dobre nawilżenie), żurawinowy peeling cukrowy Organique (wspaniały, jak wszystkie ich peelingi), krem ultra-nawilżający Phenome i jakiś kremik Lavera, które zużyłam do ciała, bo zabrakło mi masła i kawowe masło do ciała Organique (pachnie bardzo delikatnie, takim cappuccino).

I to na tyle, jeśli chodzi o moje majowe zużycia. W porównaniu z zakupami, bilans znów wyszedł bardzo korzystny, zupełnie nie rozumiem więc, czemu wciąż brakuje mi miejsca w półce ;)

Pozdrawiam,
Ania


44 komentarze:

Drogi czytelniku! Skoro trafiłeś na mojego bloga, będzie mi bardzo miło jeśli zostawisz po sobie ślad w postaci komentarza i podzielisz się swoją opinią :) Jednocześnie informuję, że komentarze obraźliwe, świadczące o nie przeczytaniu artykułu lub służące wyłącznie autoreklamie będą usuwane.

ULUBIEŃCY MAJA '15

17:02 Ania 47 Comments

Jak mieliście okazję zobaczyć w poprzednim poście (KLIK) w maju nie poczyniłam żadnych większych zakupów. Większość produktów, które kupiłam to moi starzy znajomi, do których regularnie wracam, pozostałych nie zdążyłam jeszcze wystarczająco poznać, czy choćby wypróbować, stąd i w ulubieńcach tego miesiąca znajdziecie same "odgrzewane kotlety".

Po obecnej aurze może tego nie widać, ale generalnie w maju słonko jest już dosyć mocne, a dla mnie jak co roku oznacza to nawrót azs. Nic więc dziwnego, że w gronie majowych ulubieńców znalazły się aż dwa produkty, które właśnie w walce z tą przypadłością świetnie się u mnie sprawdzają. Mowa oczywiście o regenerującym kremie antybakteryjnym Avene Cicalfate oraz serum naprawczo-łagodzącym Organique Kozie mleko i liczi (KLIK). Oba produkty bardzo dobrze łagodzą świąd, zmiejszają zaczerwienienie i przyspieszają gojenie się skóry. Dzięki nim mogę znacznie ograniczyć stosowanie maści na sterydach.

Balsam do ust EOS to wygrana w wielkanocnym konkursie organizowanym przez sklep ezebra.pl. Nie jest to moje pierwsze jajo, wręcz przeciwnie zużyłam ich już kilka, ale pierwsze miętowe. Sama unikałam tej wersji, bo nie lubię smaku mięty w niczym poza pastą do zębów i gumą do żucia, ale muszę przyznać, że jajo sprawdza się u mnie bardzo dobrze. Nawet mam wrażenie, że lepiej niż ostatnio używane przeze mnie wersje z marakują, czy też maliną i granatem. 

Wraz z nadejściem cieplejszych i bardziej słonecznych dni, automatycznie przerzucam się w makijażu na nieco cieplejsze, bardziej wiosenno-letnie kolory. Mój ukochany zimowy róż (KLIK) poszedł więc w odstawkę, a zastąpił go MAC Cheeky Bugger (KLIK), opisywany przez producenta jako "brzoskwiniowy brąz".

Robiąc porządki odnalazłam w starej torebce pomadkę Rimmel Airy Fairy i zakochałam się w niej na nowo (który to już raz?). Uwielbiam jej delikatny odcień, połysk i trwałość. W dodatku pięknie komponuje się ze wspomnianym wyżej różem, a w duecie z balsamem EOS nie przesusza ust.

Swoją drogą fascynujące jest, jak w zależności od pory roku, nastroju i aktualnych potrzeb zmienia się nasze podejście do różnych produktów. Nawet, jeśli któryś z nich spędził kilka miesięcy zapomniany w czeluściach szuflady, nic nie stoi na przeszkodzie by po jakimś czasie odkryć go na nowo i cieszyć się nim z tą samą radością, co w dniu zakupu.

Pozdrawiam,
Ania

47 komentarze:

Drogi czytelniku! Skoro trafiłeś na mojego bloga, będzie mi bardzo miło jeśli zostawisz po sobie ślad w postaci komentarza i podzielisz się swoją opinią :) Jednocześnie informuję, że komentarze obraźliwe, świadczące o nie przeczytaniu artykułu lub służące wyłącznie autoreklamie będą usuwane.

MAJOWE ZAKUPY

14:52 Ania 69 Comments

Zwykle dopiero, kiedy siadam do pisania posta z nowościami uświadamiam sobie, ile rzeczy kupiłam i zwykle okazuje się, że jest ich znacznie więcej niż mi się wydawało. Ale nie w maju. Tym razem jest zupełnie odwrotnie i aż sama jestem zaskoczona swoją zakupową powściągliwością. Fakt, że starałam się nieco pilnować, bo mieliśmy sporo innych wydatków, ale nie myślałam, że aż tak dobrze mi poszło. Same zobaczcie.

W maju musiałam uzupełnić zapas produktów do oczyszczania twarzy. Zakupiłam kolejne już opakowanie łagodzącego toniku Pat & Rub (KLIK) oraz różanego żelu do twarzy John Masters Organics (KLIK) - swoją drogą, jeżeli lubicie produkty JMO, to na johnmasters.pl do końca maja na hasło: rabatowa-wiosna możecie kupić je 20% taniej. W lokalnym sklepiku zielarskim zaś, udało mi się dorwać żel do twarzy Biolaven.

Zachęcona zachwytami Hexxany postanowiłam sięgnąć po produkty Joico z serii Moisture Recovery. Zamówiłam odżywkę, ale niestety były problemy z dostępnością, więc ostatecznie wzięłam w zamian maskę do włosów grubych i szorstkich. Moje włosy grube zdecydowanie nie są, ale mimo to po pierwszym użyciu wrażenia mam całkiem pozytywne. Skusiłam się również na lakier Essie Guilty Pleasures, który marzył mi się już od jakiegoś czasu. Niestety tutaj troszkę zawiodłam się kolorem. Na zdjęciach w necie wyglądał pięknie, jak truskawki ze śmietaną, na żywo zaś jest to dość pospolity, jaskrawy róż. W Organique do końca maja obowiązuje rabat 20% na masła do ciała z serii SPA & Wellness, obok którego nie mogłam przejść obojetnie i tak po raz drugi w mojej łazience zawitało masełko z kozim mlekiem i liczi (KLIK). Odkąd zamieszkał z nami Fido antybakteryjne żele do rąk Bath & Body Works zaczęły schodzić nam jak woda. Poprosiłam więc siostrę o zakup większego opakowania. Wybrała dla mnie wersję Japanese Cherry Blossom.

W Aptece Melissa zamówiłam kilka ulubionych produktów: płyn micelarny Bioderma Sensibio H2O, kulkę Vichy oraz balsam Nuxe. A ponieważ słonko grzeje coraz mocniej, do koszyka dorzuciłam również sztyft do ust Bioderma Photoderm MAX Spf 50+.

Stacjonarnie zakupiłam w Naturze krem do rąk Palmer's z masłem shea, zaś w Inglocie wzięłam ulubiony zmywacz i korektor lakieru.

I to na tyle. Jak widzicie, naprawdę nie ma tego dużo. Same produkty pierwszej potrzeby, w dodatku w większości już mi dobrze znane. Sama nie mogę się sobie nadziwić i im dłużej o tym myślę, tym większą mam chęć zerwania z tym ascetyzmem ;) Oby czerwiec przyniósł ku temu okazję.

Pozdrawiam,
Ania

69 komentarze:

Drogi czytelniku! Skoro trafiłeś na mojego bloga, będzie mi bardzo miło jeśli zostawisz po sobie ślad w postaci komentarza i podzielisz się swoją opinią :) Jednocześnie informuję, że komentarze obraźliwe, świadczące o nie przeczytaniu artykułu lub służące wyłącznie autoreklamie będą usuwane.

YANKEE CANDLE CAFE CULTURE

19:48 Ania 29 Comments

Cafe Culture to najnowsza kolekcja Yankee Candle na lato 2015, inspirowana aromatami relaksującej przerwy w samym sercu wielkiego miasta oraz jego eleganckimi, ulicznymi kawiarenkami. Tworzą ją trzy zapachy: Cappuccino Truffle, Pain Au Raisin oraz Tarte Tatin


CAPPUCCINO TRUFFLE łączy w sobie głęboki, bogaty aromat ziaren palonej kawy oraz aksamitnej czekolady i spodziewałam się, że będzie on gwiazdą całej kolekcji. Niestety, trochę się nim rozczarowałam. Po pierwsze, zapach jest bardzo delikatny i w moim nieco ponad 20 metrowym pokoju był praktycznie niewyczuwalny. Ledwo, ledwo jeśli stanęłam w pobliżu kominka. Przez to bardzo ciężko było mi się w niego wwąchać, i być może z tego wynika nie jako po drugie, a mianowicie ja praktycznie nie czuję w nim kawy. Jedynie czekoladę, ale też nie tą obiecaną, aksamitną, od której ślinianki zaczynałyby intensywniej pracować. Ot, taką zwykłą, marketową tabliczkę.

TARTE TATIN  to świeżo upieczona tarta z jabłkami, doprawiona przyprawami i wanilią. Jak już nie raz wspominałam na blogu, uwielbiam jabłkowe zapachy, nic więc dziwnego, że ten od razu zdobył moje serce. Pachnie najprawdziwszym ciastem z jabłkami - tartą, szarlotką, jabłecznikiem, czy jakkolwiek inaczej je nazwiemy. Ciepłym, słodkim, aromatycznym, wyraźnie doprawionym. W czasie palenia jest dość intensywny i dobrze wyczuwalny, ale nie powoduje mdłości, ani bólu głowy. Raczej ślinotok ;) Po zgaszeniu unosi się w powietrzu jeszcze przez jakiś czas.



PAIN AU RAISIN to nasączone koniakiem rodzynki w maślano-waniliowym cieście, doprawionym szczyptą cynamonu. Muszę przyznać, że tego zapachu nieco się obawiałam i nie wiązałam z nim większych nadziei, głównie ze względu na ten koniak... Tym bardziej więc byłam mile zaskoczona, kiedy odpaliłam go po raz pierwszy. Zapach jest po prostu obłędny. Otulający i ciepły, słodki, ale nie mdły, wyraźnie wyczuwalny w całym pomieszczeniu, a jednocześnie lekki, utrzymujący się w powietrzu jeszcze długo po zgaszeniu. Cudo!

Podsumowując, Cappuccino Truffle w moim przypadku okazał się wielkim rozczarowaniem, Tarte Tatin spełnił pokładane w nim oczekiwania, zaś prawdziwym zaskoczeniem okazał się Pain Au Raisin, czarny koń całej kolekcji i mój zdecydowany ulubieniec. Kolekcja Cafe Culture przeznaczona jest zdecydowanie dla amatorów, słodkich, jedzeniowych zapachów, które nie ukrywam bardziej kojarzą mi się z jesienią lub zimą niż latem, ale myślę, że na chłodniejsze, deszczowe wieczory będzie jak znalazł.

Pozdrawiam,
Ania

29 komentarze:

Drogi czytelniku! Skoro trafiłeś na mojego bloga, będzie mi bardzo miło jeśli zostawisz po sobie ślad w postaci komentarza i podzielisz się swoją opinią :) Jednocześnie informuję, że komentarze obraźliwe, świadczące o nie przeczytaniu artykułu lub służące wyłącznie autoreklamie będą usuwane.

WIELOFUNKCYJNY KREM POD OCZY ORGANIQUE

21:28 Ania 45 Comments

Wielofunkcyjny krem pod oczy Organique trafił do mnie zupełnie przypadkiem. We wrześniu ubiegłego roku poszczęściło mi się w rozdaniu u Marti, w którym nagrodą były balsam do ciała z masłem shea i peeling Organique z serii Eternal Gold (KLIK). Niestety, były jakieś opóźnienia w wysyłce, więc w ramach przeprosin firma dorzuciła do paczki jeszcze mydełko glicerynowe i ten właśnie kremik.

Krem pochodzi z serii dyniowej Pumpkin Line i według producenta jest jak sama nazwa wskazuje kosmetykiem wielofunkcyjnym. Jego zadaniem jest nie tylko nawilżać i napinać skórę, ale też zapobiegać powstawaniu obrzęków, poprawiać koloryt, rozświetlać, chronić przed niekorzystnym wpływem czynników zewnętrzych oraz zapobiegać procesom starzenia. W składzie znajdziemy między innymi ekstrakt z miąższu dyni, olej sezamowy i kokosowy, ekstrakt z winorośli i strelicji białej, naturalną kofeinę, kwas hialuronowy.

Skład: Aqua, Sesamum Indicum (Sesame) Seed Oil, Decylcocoate, Glyceryl Stearate Citrate, Cetearyl Alcohol, Glyceryl Caprylate, Cucurbita Pepo (Pumpkin) Fruit Extract, Vitis Vinifera Leaf Extract, Glycerin, Betaine, Isostearyl Isostearate, Cocos Nucifera (Coconut) Oil, Strelitzia Nicolai Seed April Extract, Cetyl Ricinoleate, Caffeine, Sodium Hyaluronate, Hyaluronic Acid, Benzyl Alcohol, Dehydroacetic Acid, C10-18 Triglycerides, Xanthan Gum, Tetrasodium Glutamate, Diacetate, Tocopherol, Helianthus Annuus (Sunflower) Seed Oil.

Cena: ok. 75 zł/30 ml

Krem zamknięty jest w wygodnym i higienicznym opakowaniu z pompką typu air-less. Ma puszystą konsystencję, treściwą i lekką za razem. Ładnie się rozprowadza na skórze i szybko wchłania, nadaje się do stosowania pod makijaż. Jest bezzapachowy. Przyznaję, że na początku podeszłam do niego dość nieufnie, kierując się zasadą, że jak coś jest to wszystkiego, to jest do niczego. Szybko jednak musiałam zweryfikować swoje poglądy, bowiem krem sprawdził się u mnie wyśmienicie. Nie tylko wspaniale nawilżył delikatną skórę wokół oczu, czyniąc ją miękką i gładką, ale też utrzymał w ryzach moje cienie pod oczami, sprawiając, że stały się one dużo mniej widoczne. Do pozostałych obietnic producenta ciężko mi się odnieść, bo z obrzękami i zmarszczkami nie mam większych problemów, ale śmiem twierdzić, że skoro ogarnął moje cienie, to i z tym sobie poradzi.

Podsumowując, bardzo się cieszę, że miałam okazję przetestować ten kremik. Przyznaję, że sama chyba nie zwróciłabym na niego większej uwagi i teraz już wiem, że dużo bym przez to straciła, bo krem spełnia wszystkie moje oczekiwania. Zdecydownie jest to produkt, do którego będę chciała w przyszłości wracać.

Pozdrawiam,
Ania

45 komentarze:

Drogi czytelniku! Skoro trafiłeś na mojego bloga, będzie mi bardzo miło jeśli zostawisz po sobie ślad w postaci komentarza i podzielisz się swoją opinią :) Jednocześnie informuję, że komentarze obraźliwe, świadczące o nie przeczytaniu artykułu lub służące wyłącznie autoreklamie będą usuwane.

SERUM NAWILŻAJĄCE Z ZIELONĄ HERBATĄ I RÓŻĄ JOHN MASTERS ORGANICS

20:47 Ania 55 Comments

Niezależnie od tego jakim typem cery obdarzyła nas natura, podstawą jej pielęgnacji zawsze jest nawilżanie. Z pozoru rzecz prosta, w praktyce nieraz nastręcza wielu trudności, bo o dobry produkt nawilżający wcale nie jest łatwo. Dziś chciałabym przedstawić Wam swojego absolutnego ulubieńca w tej dziedzinie, a mianowicie nawilżające serum z zieloną herbatą i różą John Masters Organics.

nawilżanie skóry tłustej i mieszanej
Serum przeznaczone jest do każdego typu cery, również mieszanej i tłustej. Ma za zadanie intensywnie nawilżać i chronić skórę, przywracać jej naturalną równowagę i stymulować produkcję prokolagenu. Zamknięte zostało w buteleczce z ciemnego szkła z wygodną pompką i ascetyczną etykietą, na której znajdziemy jedynie nazwę produktu. Wszelkie pozostałe informacje zamieszczone zostały na kartoniku, w który dodatkowo zapakowano serum.

Skład: Aloe barbadensis (aloe) vera leaf juice,helianthus annuus (sunflower) seed oil,glycerin,coco glucoside, coconut alcohol, rosa damascena (rose) flower water, leuconostoc/radish root ferment filtrate, borago officinalis (borage) seed oil, oryza sativa (rice) extract, camellia sinensis (green tea) leaf extract, spirulina platensis (algae) extract, butyrospermum parkii (shea) butter, rosmarinus officinalis (rosemary) leaf extract, lecithin, cananga odorata (ylang ylang) flower oil, rosa damascena (rose) flower oil, anthemis nobilis (chamomile) flower oil, boswellia carterii (frankinscense) resin extract, sclerotium gum powder, xanthan gum, potassium sorbate

Cena: ok. 109 zł/30 ml

nawilżanie skóry tłustej i mieszanej
Konsystencja serum jest dosyć lekka, dzięki czemu produkt szybko się wchłania, nie pozostawiając na skórze żadnej wyczuwalnej warstwy i nie powodując jej świecenia. Idealnie sprawdza się pod makijaż, choć ja zwykle stosuję je na noc, w dzień wybierając raczej krem z filtrem. Serum bardzo ładnie nawilża skórę, sprawiając, że staje się ona niezwykle miękka i miła w dotyku. Mam skórę tłustą, ale z tendencją do odwodnienia i zwykle mam problem z doborem odpowiedniego produktu nawilżającego. Te lżejsze często okazują się zbyt słabe w działaniu, te bardziej treściwe obciążają skórę, powodując świecenie i zapychając. Serum JMO zapewnia mojej skórze wszystko czego potrzebuje. Jest na tyle lekkie, że nie muszę się obawiać pogorszenia jej stanu i na tyle treściwe, że z powodzeniem mogę stosować je solo, zamiast kremu, a nie pod, co też jest ważne, bo moja cera nie lubi nakładania na nią zbyt wielu warstw. 

Podsumowując, serum nawilżające z zieloną herbatą i różą John Masters Orgnics to dla mnie produkt genialny, który z czystym sumieniem mogę polecić do wypróbowania dosłownie każdemu. Jeśli szukacie dobrego produktu nawilżającego, a nie jesteście w 100% przekonane, warto zaopatrzeć się w kilka próbek. Gwarantuję Wam, że się zakochacie.

Pozdrawiam,
Ania

55 komentarze:

Drogi czytelniku! Skoro trafiłeś na mojego bloga, będzie mi bardzo miło jeśli zostawisz po sobie ślad w postaci komentarza i podzielisz się swoją opinią :) Jednocześnie informuję, że komentarze obraźliwe, świadczące o nie przeczytaniu artykułu lub służące wyłącznie autoreklamie będą usuwane.

YVES SAINT LAURENT ROUGE VOLUPTE 13 PEACH PASSION

18:57 Ania 61 Comments

Pomadkę Yves Saint Laurent Rouge Volupte 13 Peach Passion po raz pierwszy zobaczyłam u Gosi Esy, floresy, fantasmagorie i od razu zapragnęłam ją mieć. Przejrzałam zdjęcia i opinie w internecie, wpisałam na chciejlistę i w listopadzie ubiegłego roku, pod pretekstem prezentu urodzinowego, w końcu kupiłam. 

Kiedy przyszła, nie posiadałam się ze szczęścia. Pomadka zachwyca eleganckim złotym opakowaniem, dużym, ciężkim i solidnym oraz przepięknym, subtelnym owocowym zapachem. Niestety, po pierwszym użyciu czar prysł. Szminka posiada bardzo miękką, maślaną konsystencję, przez co osadza się w załamaniach i ma tendencję do podkreślania wszelkich niedoskonałości. Wydobywa na światło dzienne wszystkie suche skórki, nawet te, o których istnieniu nie miałyśmy pojęcia, lubi się rozmazywać i zbierać na łączeniu warg. Mam wrażenie, że nie pokrywa ust jednolitą wartswą koloru, tylko tworzy na nich prześwity i grudki, przez co wygląda jakby była zważona. Trwałość pomadki jest równie tragiczna, w moim przypadku max do 2 godzin bez jedzenia i picia, a zdaża się też, że znika już po kilkunastu minutach. Nie odczuwam również żadnego efektu nawilżenia, wręcz przeciwnie. W krótkim czasie po aplikacji pojawia się nieprzyjemne uczucie ściągnięcia.

Sam odcień pomadki jest bardzo ciekawy i zdecydowanie przyciąga uwagę. Łączy w sobie delikatny róż, pastelową brzoskwinię i soczysty koral, a która z tych barw wysunie się akurat na pierwszy plan zależy od światła. Wbrew pozorom kolor nie jest łatwy i nie będzie pasował każdemu, ale z pewnością jest oryginalnym uzupełnieniem szminkowej kolekcji i tylko ze względu na niego pomadka nie powędrowała jeszcze w świat.

Tak wygląda na ustach:

I z bliska:

Cena: 149 zł/ 4 g

Podsumowując, pomadka YSL Rouge Volupte okazała się produktem zupełnie nie dla mnie i bardzo rzadko po nią sięgam. Co prawda wszystkie wymienione przeze mnie wady można w mniejszym lub większym stopniu zminimalizować aplikując pomadkę pędzelkiem albo wklepując palcem, ale szczerze mówiąc w moich oczach jej to nie ratuje, bo na co dzień nia mam czasu na takie zabawy, zwłaszcza kiedy jestem w pracy. Tak czy siak, pozostałe odcienie z tej serii, które wpadły mi w oko już zniknęły z listy zakupów i więcej na nią nie trafią.

Pozdrawiam,
Ania

61 komentarze:

Drogi czytelniku! Skoro trafiłeś na mojego bloga, będzie mi bardzo miło jeśli zostawisz po sobie ślad w postaci komentarza i podzielisz się swoją opinią :) Jednocześnie informuję, że komentarze obraźliwe, świadczące o nie przeczytaniu artykułu lub służące wyłącznie autoreklamie będą usuwane.

WYKOŃCZYŁAM ICH... - KWIECIEŃ '15

17:19 Ania 47 Comments

No i mamy nasz wyczekany, wyjątkowo krótki w tym roku, długi majowy weekend. Dziś obchodzimy Święto Pracy, więc uczcijmy je kosmetycznymi porządkami. Zapraszam Was na kwietniowy projekt denko :)

Żele do golenia Gillette Satin Care to moje ulubione, a do wersji z lawendą mam szczególne upodobanie, ze względu na bardzo przyjemny zapach. Niestety w moim mieście staje się ona coraz trudniej dostępna :/ Aktualnie na stanie wersja z masłem shea do skóry suchej.

Mydło w piance Bath & Body Works (KLIK) to dla mnie bardzo przyjemny łazienkowy gadżet, a wersja Weekend Apple Picking przepięknie pachnie słodkimi czerwonymi jabłkami. Regularna cena tych mydełek jest dla mnie nieco zawyżona, ale w okresie wyprzedaży chętnie poczynię zapasy. Obecnie mam jeszcze jedną buteleczkę, tym razem o zapachu marakui i śliwki.

Łagodzący tonik Pat & Rub (KLIK) to mój absolutny ulubieniec. Niestety ostatnio wciąż jest wyprzedany, ale jak tylko się pojawi zamówię nowe opakowanie.

Bioderma Sensibio H2O to produkt, który chyba nie wymaga komentarza. Najlepszy i już. Nowa buteleczka w użyciu, kolejna w zapasach.

Masło do ciała Organic Therapy już kiedyś zachwyciło mnie swoim działaniem i ostatnio postanowiłam do niego wrócić. Ma przepiękny zapach, specyficzną konsystencję i naprawdę niezłe nawilżenie. Myślę, że jeszcze się spotkamy.

Peeling cukrowy Phenome (KLIK) szału u mnie nie zrobił. Bardzo się osypywał, niewystarczająco nawilżał i natłluszczał skórę, pienił się i (na szczęście) był mało wydajny. Zapach też miał taki sobie, wiec z ulgą go pożegnałam.

Avene Cicalfate to mój krem do zadań specjalnych: na azs i podrażnienia po depilacji nie ma sobie równych. Kolejna duża tubka w użyciu.

Bioderma Sensibio Tolerance+ (KLIK) bardzo przyjemny kremik do bardzo wrażliwej i alergicznej cery. Fajnie łagodzi podrażnienia i zaczerwienienia, ładnie nawilża, ma prosty, krótki skład i jest bezzapachowy. Dzięki lekkiej konsystencji nie obciąża tłustej skóry, szybko się wchłania i nadaje pod makijaż. To było moje drugie opakowanie i myślę, że nie ostatnie.

Bioderma Photoderm Max Fluide SPF 50+ UVA 38 to mój ulubiony filtr już od kilku lat. Wielu osobom z pewnością nie przypadnie do gustu, bo delikatnie bieli i nie wchłania się do matu, ale ja go lubię za to, że zapewnia mi wysoką ochronę i nie szkodzi mojej trądzikowej skórze. Kolejna tubka już w użyciu.

L'Oreal Volume Million Lashes So Couture So Black (KLIK) - bardzo fajny tusz do rzęs: ładnie je podkręca, wydłuża i rozdziela, nie osypuje się w ciągu dnia. Jeśli jeszcze nie próbowałyście, warto skusić się na niego na trwającej obecnie promocji w Rossmannie.

Korektor lakieru do paznokci Inglot (KLIK) to taki niby gadżet, ale bardzo ułatwia życie, zwłaszcza jeśli tak jak ja, malujecie paznokcie razem ze skórkami i opuszkami ;) Po weekendzie z pewnością zahaczę o Inglota i zakupię nowe opakowanie.

L'Oreal Rouge Caresse 101 Tempting Lilac - kolejna wykończona pomadka :) Bardzo ją lubiłam, idealnie nadawała się do stosowania na codzień i nakładania nawet na szybko bez użycia lusterka. Powrotu nie planuję, bo jest wiele innych, które chciałabym wypróbować, ale generalnie bardzo polecam.

Yonelle Infusion Eye Lift Serum (KLIK) moje pierwsze serum pod oczy i od razu strzał w dziesiatkę. Serum bardzo ładnie nawilżało okolice oczu, widocznie rozjaśniało cienie i napinało skórę. Z przyjemnością kiedyś jeszcze do niego wrócę, a na razie nabrałam wielkiej ochoty na przetestowanie kremu pod oczy z tej serii.

Essie Mademoiselle (KLIK) - zużyty prawie do końca, resztka która została na dnie tak zgęstniała, że już nie idzie jej ani wydobyć ani używać. Kolor bardzo mi odpowiadał, bardzo lubię takie lakiery i już od wielu, wielu lat zawsze mam jakiś w swojej kosmetyczce. Propozycja Essie nie wyróżniała się niczym szczególnym. Z czasem zaczęła również tracić na trwałości i ostatnio odpryski potrafiły pojawiać się już na 2-3 dzień. Czy wrócę do Mademoiselle? Trudno mi powiedzieć, nie wykluczam takiej możliwości. Póki co, chciałabym wypróbować propozycję OPI Bubble Bath.

Beauty Blender, czyli słynne różowe jajo. Z początku między nami nie zaiskrzyło, ale z czasem odkryłam jego fenomen i teraz już nie wyobrażam sobie bez niego makijażu. Nowa sztuka już w użyciu.

Balsam Copaiba wykazuje podobne właściwości jak olejek tamanu i miał być ratunkiem na trądzik i egzemę. Niestety u mnie się nie sprawdził, nie zauważyłam żadnego pozytywnego wpływu na skórę. Negatywnego na szczęście też nie.

Olejek tamanu (KLIK) to mój must have i jedyny produkt na trądzik jaki ostatnio stosuję (już nie pamiętam, kiedy ostatnio używałam jakichś maści). W użyciu kolejna buteleczka, tym razem znów z Biochemi Urody (mam wrażenie, że działa lepiej niż ten ze Zrób Sobie Krem).

Różany krem do rąk L'Occitane (10 ml) - bardzo polubiłam te kremiki. Fajnie nawilżają i mają urocze, maleńkie opakowania.

Balsam do ust Nuxe (KLIK) to już produkt legenda. Jedni go uwielbiają, inni nie widzą w nim nic szczególnego. Ja zaliczam się do tej pierwszej grupy, u mnie produkt sprawdza się rewelacyjnie. Aktualnie, ze względu na dostępność, zastąpiłam go balsamem do ust Organique, ale z pewnością wkrótce zamówię kolejne opakowanie.

Złuszczająca maska do stóp Purederm - zakupiona prawie rok temu, długo czekała na swoją kolej. Na poczatku kwietnia wreszcie się za nią wzięłam, ale niestety nie było większych tego efektów. Może skuszę się jeszcze kiedyś na któreś z koreańskich skarpetek, tym już podziękuję.

W kwietniu zużyłam tylko dwie próbki: wody toaletowej L'Occitane Arlesienne oraz szamponu regenerującego.

I to już wszystkie kwietniowe zużycia. Teraz z czystym kontem i pustą denkową torebeczką, można rozpocząć nowy miesiąc :)

Pozdrawiam,
Ania

47 komentarze:

Drogi czytelniku! Skoro trafiłeś na mojego bloga, będzie mi bardzo miło jeśli zostawisz po sobie ślad w postaci komentarza i podzielisz się swoją opinią :) Jednocześnie informuję, że komentarze obraźliwe, świadczące o nie przeczytaniu artykułu lub służące wyłącznie autoreklamie będą usuwane.