Moje pustaki

18:05 Ania 19 Comments

Tradycyjnie już, ostatniego dnia miesiąca przychodzę do Was z przeglądem pustych opakowań.


Jak widzicie, w tym miesiącu nie ma tego wiele.


1. L'Oreal Ideal Soft - całkiem przyjemny, tani i łatwo dostępny płyn micelarny, który jednak mojej ukochanej Biodermie nie dorasta do pięt. Kupuję, gdy nie mam innego wyjścia (Bioderma jest u mnie trudno dostępna).

2. Alterra pomadka rumiankowa - fajna pomadka o naturalnym składzie. Na wielkie mrozy i bardzo suche usta za słaba, ale w mniej wymagających warunkach sprawdza się ok.

3. Organique maska algowa z dynią i glukozą - odżywcza maseczka dla skóry suchej i dojrzałej. Na mojej bladej cerze zostawiała jakiś taki lekko pormarańczowawy odcień, ale przetestowałam ją na nieco ciemniejszej karnacji mojej siostry i u niej tego efektu nie było.

4. Uriage woda termalna - stosuję po każdym myciu buzi zamiast toniku i czasem do odświeżenia w ciągu dnia. Świetnie łagodzi podrażnienia, duży plus za to, że nie trzeba jej osuszać. Stały bywalec mojej kosmetyczki.


5. Inglot zmywacz do paznokci - świetnie zmywa lakier i delikatnie natłuszcza płytkę paznokcia. Odkąd go wypróbowałam nie kupuje już innych zmywaczy.

6. The Body Shop masło do ciała migdałowe - jak wszystkie masła TBS nawilża rewelacyjnie i na bardzo długo. Zapach słodki, prawdziwie migdałowy, bardzo intensywny. Na tyle, że w połowie opakowania zaczął mnie już męczyć.

7. The Body Shop masło do ciała jagodowe - nie wiem, gdzie ja miałam nos kupując to masło. Chyba napis "edition speciale" zamącił mi w głowie. Okropny, sztuczny zapach. Bardzo słodki i nie mający nic wspólnego z jagodami. Działanie bez zarzutu.

8. Vichy antyperspirant przeciwko intensywnemu poceniu - mój ulubieniec od lat. Jedyny tego typu preparat, który na mnie działa. Jego jedyną wadą jest to, że dosyć długo schnie.

9. The Secret Soap Store krem do rąk 20% masła shea - to już moja druga tubka tego kremu i z pewnością nie ostatnia. Rewelacyjny, mocno odżywczy krem. Idealny na zimę i dla bardzo suchych dłoni. Cudownie słodki, waniliowy zapach sprawiał, że przy każdej aplikacji dostawałam ślinotoku.


10. Tradycyjny syberyjski balsam na kwiatowym propolisie - mój pierwszy rosyjski kosmetyk, zakupiony jeszcze w wakacje. Bardzo dobrze działał na moje włosy, sprawiając, że były miękkie i błyszczące. Balsam jest naprawdę lekki, więc bez obaw mogą go stosować osoby o włosach podatnych na obciążanie. Przyjemny, delikatny kwiatowy zapach długo utrzymywał się na włosach. Jedyny minus to duża (600 ml), nieporęczna butla.

11. Alterra szampon z granatem i aloesem - bardzo fajny produkt: ładnie pachnie, dobrze się pieni, dokładnie myje włosy i ich nie plącze. U mnie stosowany zbyt często wywoływał podrażnienie (alkohol w składzie). Świetnie spisywał się też do prania pędzli: zawsze miałam problem żeby domyć flat top z podkładu (tam głęboko w środku zawsze coś zostawało), a ten szampon wyczyścił go w ciągu kilku sekund.

12. Planeta Organica toskańska maska do włosów - naprawdę dobra maska o specyficznym, orientalnym zapachu. Ładnie wygładza włosy, nadając im miękkość i połysk. Nie straszne jej nawet suche końcówki.

13. Biovax intensywnie regenerująca maseczka do włosów suchych i zniszczonych (saszetka) - po jednej saszetce ciężko mi cokolwiek powiedzieć o tym produkcie, poza tym, że dobrze nawilża suche włosy. Jest to jednak jedna z najlepiej ocenianych wersji, więc pewnie wcześniej, czy później kupię pełne opakowanie, by się przekonać jakie daje efekty przy dłuższym stosowaniu.

14. Biovax intensywnie regenerująca maseczka do włosów słabych ze skłonnością do wypadania (saszetka) - po tej maseczce moje włosy były tak sypkie, że nie mogłam ich spiąć, bo ciągle się wysuwały. Chętnie wypróbuję pełnowymiarowe opakowanie, żeby sprawdzić, czy faktycznie zmniejsza wypadanie.


I to tyle, jeśli chodzi o lutowe denko.
Pochwalcie się, jak Wam poszły zużycia w tym miesiącu.




19 komentarze:

Drogi czytelniku! Skoro trafiłeś na mojego bloga, będzie mi bardzo miło jeśli zostawisz po sobie ślad w postaci komentarza i podzielisz się swoją opinią :) Jednocześnie informuję, że komentarze obraźliwe, świadczące o nie przeczytaniu artykułu lub służące wyłącznie autoreklamie będą usuwane.

Słodko-kwaśne zdzieranie

19:52 Ania 15 Comments

Dopiero co pisałam Wam o różanym peelingu do ust Pat&Rub, a dziś chciałabym poświęcić notkę jego większemu kuzynowi przeznaczonemu do pielęgnacji ciała. Otulający scrub cukrowy, bo o nim mowa, udało mi się zakupić w zestawie z masłem do ciała i balsamem do rąk w bardzo okazyjnej cenie 99,99 zł na merlin.pl. Cena regularna samego scrubu wynosi 89 zł/500 ml, więc grzechem byłoby nie skorzystać.


Opis producenta:
Kosmetyk pilinguje, nawilża, poprawia wygląd skóry. Nazywamy go „Twoja Nowa Skóra”. Kryształki cukru trzcinowego złuszczają martwy naskórek i wygładzają skórę. Bogactwo roślinnych maseł i roślinnych olejów sprawia, że skóra staje się gładka, nawilżona, napięta i natłuszczona. Pięknie wygląda i pachnie. Słodki, otulający ekoaromat relaksuje zmysły i rozleniwia. Po użyciu scrubu skóra nie potrzebuje już użycia balsamu, ani masła do ciała.

Kompozycja:
kryształki cukru trzcinowego *– złuszczają martwy naskórek i wygładzają skórę
oliwa i masło z oliwek* – wygładzają i koją
masło shea* – nawilża i zmiękcza
olej babassu* – uelastycznia, nawilża, jest naturalnym filtrem UV
masło z awokado* – natłuszcza i regeneruje, chroni przed czynnikami zewnętrznymi, w tym promieniami słonecznymi
masło kakaowe* – uelastycznia i koi podrażnienia
wosk pszczeli* – uelastycznia i zmiękcza
naturalna witamina E* – wygładza, ujędrnia, natłuszcza i nawilża
inne roślinne substancje natłuszczające i nawilżające*
 *surowce naturalne i z certyfikatem ekologicznym

 Skład:
Sucrose, Vitis Vinifera (Grape) Seed Oil, Olea Europaea (Olive) Fruit Oil, Orbignya Oleifera Seed Oil, Decyl Cocoate, Butyrospermum Parkii , Cera Alba, Helianthus Annuus (Sunflower) Seed Oil, Glyceryl Stearate, Olive (Olea Europaea) Oil, Hydrogenated Vegetable Oil, Persea Gratissima (Avocado) Oil, Hydrogenated Vegetable Oil, Theobroma Cacao (Cocoa) Seed Butter, Parfum, Tocopherol (mixed), Beta-Sitosterol, Squalene, Citral, D-Limonene, Linalool
 
Moja opinia:
 Scrub zamknięty jest w dużym plastikowym słoiczku opatrzonym estetyczną etykietą. Pod zakrętką znajduje się folia zabezpieczająca produkt przed ciekawskimi oraz wszelkimi zanieczyszczeniami.


Konsystencja produktu jest dosyć gęsta i zbita, zdecydowanie bardziej maślana, niż oleista (po ociekającym olejem scrubie TBS jest to bardzo miła odmiana). Przewagę maseł wyraźnie czuć podczas aplikacji: na niedostatecznie zwilżonej skórze scrub sprawia wrażenie wręcz tępego. Wystarczy jednak mocniej zmoczyć ciało, by gładko po nim sunął. Scrub spełnia swoje zadanie w sposób efektywny i delikatny (jest znacznie delikatniejszy niż domowy peeling kawowy, sprawdzi się nawet przy wrażliwej skórze). Drobinki cukru rozpuszczają się powoli, dając nam czas na dokładne wymasowanie skóry, pozwalają pozbyć się martwego naskórka bez ryzyka zaczerwienień i podrażnień.


Po użyciu peelingu ciało jest gładkie, pachnące i miłe w dotyku, delikatnie otulone nawilżającą maślaną warstewką (efekt jak po użyciu masła do ciała, nie oliwki). Osoby, które nie mają problemów z suchością skóry spokojnie mogą odpuścić sobie nakładanie balsamu. Ja, jako ekstremalny sucharek nakładam jeszcze cienką warstwę masła, skupiając się na najbardziej problematycznych miejscach.

W mojej opinii scrub cukrowy to najbardziej udany produkt z całej serii otulającej i mimo tak potężnych gabarytów, z przyjemnością zużyję go do samego końca.


15 komentarze:

Drogi czytelniku! Skoro trafiłeś na mojego bloga, będzie mi bardzo miło jeśli zostawisz po sobie ślad w postaci komentarza i podzielisz się swoją opinią :) Jednocześnie informuję, że komentarze obraźliwe, świadczące o nie przeczytaniu artykułu lub służące wyłącznie autoreklamie będą usuwane.

Jestem okularnicą

15:05 Ania 20 Comments

Krótkowidzem jestem od kilkunastu lat i należę do tej mniejszości, która lubi nosić okulary. 
Dziś chciałabym pokazać Wam moje dwie nowe pary oprawek.


Brązowo-różowe oprawki Firmoo wygrałam w rozdaniu u Agnieszki z bloga The Beautiful Side of Life.
 W paczce oprócz okularów i twardego etui znalazłam również miękkie etui woreczek, ściereczkę i mały śrubokręcik, które niestety nie załapały się na zdjęcie.




 Oprawki wykonane są z solidnego plastiku, są bardzo lekkie i wygodne, w ogóle ich nie czuć na nosie.
Parametry szkieł są w 100% zgodne z receptą.

Drugie oprawki zakupione zostały już stacjonarnie w salonie optycznym. Wybór nie był łatwy, ale z pomocą życzliwej obsługi i obiektywną opinią bliskich, zdecydowałam się na szylkretowe oprawki od Dolce&Gabbana.





Choć oprawki są szylkretowe, to jednak na co dzień wyglądają jakby były po prostu czarne i tylko czasem, przy odpowiednim kącie padania światła, odkrywają swoją prawdziwą naturę. Do kompletu, oprócz okularów, otrzymałam sztywne etui i ściereczkę.

Z obydwu par jestem póki co, bardzo zadowolona. 
Mam nadzieję, że tak już zostanie, i że będą mi długo służyć.


20 komentarze:

Drogi czytelniku! Skoro trafiłeś na mojego bloga, będzie mi bardzo miło jeśli zostawisz po sobie ślad w postaci komentarza i podzielisz się swoją opinią :) Jednocześnie informuję, że komentarze obraźliwe, świadczące o nie przeczytaniu artykułu lub służące wyłącznie autoreklamie będą usuwane.

Dobrana para

13:27 Ania 18 Comments

Dziś krótki post obrazkowy. Chciałabym pokazać Wam mani, który w ciągu ostatnich kilku miesięcy najczęściej gości na moich paznokciach. Jest to połączenie dwóch pokazywanych już kiedyś przeze mnie lakierów: uroczego nudziaka Inglot 874 oraz srebrnego brokatu Golden Rose Jolly Jewels 102.





Naprawdę zakochałam się w tym zestawieniu. Całość wygląda bardzo klasycznie i elegancko, pasuje niemal do wszystkiego i na każdą okazję. Cienka warstwa srebrnego brokatu na serdecznym palcu wprowadza nieco ożywienia i sprawia, że nie jest nudno. Miłośniczki bling-bling na paznokciach mogą pokusić się o dołożenie drugiej warstwy sreberka dla uzyskania mocniejszego efektu:)


18 komentarze:

Drogi czytelniku! Skoro trafiłeś na mojego bloga, będzie mi bardzo miło jeśli zostawisz po sobie ślad w postaci komentarza i podzielisz się swoją opinią :) Jednocześnie informuję, że komentarze obraźliwe, świadczące o nie przeczytaniu artykułu lub służące wyłącznie autoreklamie będą usuwane.

Różany peeling do ust P&R

11:41 Ania 17 Comments

Peeling do ust Pat&Rub jest jednym z tych produktów, nad którym długo się zastanawiałam, czy po niego sięgnąć. Cena ok. 49 zł za maleńki słoiczek wydawała mi się mocno przesadzona. Kiedy jednak po krótkich, ale siarczystych mrozach, jakimi uraczyła nas w tym roku zima nie mogłam doprowadzić do ładu swoich ust żadnymi domowymi sposobami, postanowiłam zaryzykować.


Peeling ma za zadanie delikatnie złuszczać skórę ust, a następnie ją nawilżać i wygładzać, zapewniając błyskawiczny efekt. Jego w 100% naturalny skład jest kompozycją ksylitolu (cukru z brzozy o działaniu przeciwpróchniczym) oraz olejków i maseł roślinnych (olej migdałowy, masło mango, olejek z róży damasceńskiej). Swój różowy kolor zawdzięcza wyciągowi z nawrotu lekarskiego.

Skład:
Xylitol, Prunus Amygdalus Dulcis (Sweet Almond) Oil, Mangifera Indica (Mango) Seed Oil, Lithospermum Officinale Root Extract, Octyldodecyl Myristate, Tocopherol (mixed), Beta-Sitosterol, Squalene, Rosa Damascena Flower Oil, Linalool, Geraniol, Citronellol, Citral, Eugenol
 
Moja opinia:
Peeling zamknięty jest w estetycznym plastikowym słoiczku z czarną plastikową nakrętką z logo firmy. Opakowanie wbrew pozorom wcale nie jest takie malutkie, jak mi się zawsze wydawało i mieści w sobie 25 ml produktu.



Uroczy różowy kolor idealnie współgra z delikatnym różanym zapachem, który w moim odczuciu jest bardzo naturalny i przywodzi na myśl prawdziwe kwiaty róży. Konsystencja produktu jest mało zbita, wręcz określiłabym ją jako dosyć sypką. Mimo to, dobrze się nakłada na usta, nie spada (no, chyba że weźmiemy za dużą ilość produktu). Peeling delikatnie, ale skutecznie zdziera martwy naskórek, pomagając nam pozbyć się suchych skórek już po pierwszym użyciu. Leciutko natłuszcza wargi, pozostawiając je po zabiegu miękkie i gładkie. 


Wbrew pozorom produkt okazuje się być bardzo wydajny, taka ilość jak na zdjęciu, spokojnie wystarcza na jedno użycie. Używam produktu od kilku tygodni i praktycznie niewiele go ubyło, więc podejrzewam, że zostanie ze mną jeszcze długo (co najmniej do wiosny).

Cieszę się, że się jednak zdecydowałam na wypróbowanie tego produktu. Jeśli któraś z Was też zastanawia się nad jego zakupem, to z czystym sumieniem mogę go polecić. Sama zaś w przyszłości chętnie sięgnę jeszcze po wersję kawową.


17 komentarze:

Drogi czytelniku! Skoro trafiłeś na mojego bloga, będzie mi bardzo miło jeśli zostawisz po sobie ślad w postaci komentarza i podzielisz się swoją opinią :) Jednocześnie informuję, że komentarze obraźliwe, świadczące o nie przeczytaniu artykułu lub służące wyłącznie autoreklamie będą usuwane.

Czym pachnie mi zima

11:57 Ania 23 Comments

Wraz z końcem lata i nadejściem coraz chłodniejszych dni, ze wszystkich stron zaczęły mnie bombardować posty o pachnących woskach Yankee Candle, a że jestem podatna na marketing szybko zapragnęłam wypróbować to cudo. O kominku i tartach, które wybrałam pisałam Wam już TUTAJ. Dziś nadszedł czas na małe sprawozdanie z tej pachnącej przygody.


RED APPLE WREATH - to pierwszy zapach, który trafił do kominka i to od razu w całości. Łączy w sobie aromat czerwonych jabłek, orzechów, cynamonu i syropu klonowego, przywodząc na myśl świeżo upieczoną domową szarlotkę. Naprawdę piękny zapach i bardzo intensywny, wyraźnie wyczuwalny w mieszkaniu jeszcze następnego dnia.


CHRISTMAS MEMORIES - to słodki ciasteczkowy zapach świątecznych pierniczków z cynamonem, korzennymi przyprawami i prażonymi orzechami. Idealnie wpisywał się w około świąteczną atmosferę. Bardzo intensywny (pachniał nawet przez folię).


SALTED CARAMEL - to połączenie wanilii i karmelu doprawionego solą morską. Zapach bardzo intensywny i bardzo słodki, dla mnie nieco maślany. Nie mniej jednak wyjątkowo apetyczny, choć ja akurat ubóstwiam karmel, więc mogę być nieobiektywna.


SUGARED APPLE - czyli kolejne jabłuszko, tym razem z cukrem i wanilią. Z dużą ilością cukru. Zapach słodki z lekko przebijającą się jabłkową nutą. Bardzo przyjemny, delikatny, nieduszący.


SNOW IN LOVE - to wg. producenta połączenie aromatu drzew iglastych i paczuli. Najbardziej świeży i pobudzający spośród wybranych przeze mnie zapachów, niestety chyba również najmniej trafiony. Dla mnie pachnie czystością i proszkiem do prania (Vizir?). Niby ładnie, ale nie jest to zapach do aromaterapii. Prędzej sprawdzi się do odświeżenia zapachu w mieszkaniu przed  niespodziewaną wizytą gości.

Muszę przyznać, że palenie wosków stało się moim małym rytuałem umilającym długie zimowe wieczory.
Teraz, gdy zaczęło się robić cieplej, zaczynam czuć potrzebę zaopatrzenia się w kilka nowych, bardziej wiosennych zapachów.
Możecie mi jakieś polecić?


23 komentarze:

Drogi czytelniku! Skoro trafiłeś na mojego bloga, będzie mi bardzo miło jeśli zostawisz po sobie ślad w postaci komentarza i podzielisz się swoją opinią :) Jednocześnie informuję, że komentarze obraźliwe, świadczące o nie przeczytaniu artykułu lub służące wyłącznie autoreklamie będą usuwane.

Włosowa aktualizacja

12:40 Ania 15 Comments

O pielęgnacji włosów nie pisałam już bardzo, bardzo dawno i w końcu nadszedł czas, aby to zmienić. Powzięłam postanowienie, aby tego typu posty zaczęły pojawiać się w miarę regularnie (może nie co miesiąc, ale chociaż co dwa) i mam nadzieję, że z Waszą pomocą uda mi się w nim wytrwać.

Aktualnie moje włosy wyglądają tak:


Włosy na zdjęciu są tuż po umyciu, jeszcze nieco wilgotne. Zdjęcie robione w świetle dziennym i z fleszem. Długość mniej więcej do połowy pleców, nieco suche i przerzedzone (ale nierozdwojone, co uważam za swój sukces) końcówki, spuszona warstwa wierzchnia. Nożyczek moje włosy nie widziały chyba od wakacji, ale obiecuję sobie wybrać się w końcu do fryzjera i trochę je podciąć.

Produkty, których używałam w ostatnim czasie:


Włosy myję na przemian szamponem Alterra Morela i pszenica (1) i płynem Facelle (3). Raz na 1-2 tygodnie oczyszczam Barwą Ziołową tatarako-chmielową (2). Po każdym myciu nakładam odżywkę do spłukiwania na co najmniej 15 min. pod czepek. Najczęściej stosowałam ostatnio toskańską maskę Planeta Organica (5), którą nakładałam również jako odżywkę bez spłukiwania. W między czasie wykończyłam końcówkę tradycyjnego syberyjskiego balsamu na kwiatowym propolisie (6). Raz w tygodniu stosuję maskę proteinową Biovax Latte (4). W skórę głowy wcieram Jantar (7) aplikując go za pomocą zakraplacza do oczu (8). Końcówki zabezpieczam serum Green Pharmacy (9). Czeszę włosy TT (10). Dwa razy w tygodniu olejuję włosy olejem z pestek winogron na kilka godzin przed myciem. Raz na jakiś czas stosuję płukankę octową.

Stan moich włosów daleki jest od ideału, a zimowe warunki wcale im nie sprzyjają. W najbliższym czasie chciałabym podciąć końcówki i skupić się na próbie ograniczenia puszenia. Jeśli więc macie swoje sprawdzone sposoby na ujarzmienie niezdyscyplinowanych włosów podzielcie się w komentarzach. Każda rada jest na wagę złota:)

15 komentarze:

Drogi czytelniku! Skoro trafiłeś na mojego bloga, będzie mi bardzo miło jeśli zostawisz po sobie ślad w postaci komentarza i podzielisz się swoją opinią :) Jednocześnie informuję, że komentarze obraźliwe, świadczące o nie przeczytaniu artykułu lub służące wyłącznie autoreklamie będą usuwane.

Jagódki od TBS

13:49 Ania 19 Comments

Pod koniec stycznia w salonach The Body Shop pojawiła się w sprzedaży seria jagodowych kosmetyków do pielęgnacji ciała, w skład której wchodzą: masło do ciała, peeling, balsam do ciała, żel pod prysznic, masełko do ust oraz gąbka. W moim posiadaniu znalazły się dwa spośród wymienionych produktów, a mianowicie: masło do ciała i masełko do ust.


Produkty, mimo że pochodzą z jednej linii zapachowej nie pachną tak samo. Podczas, gdy zapach masła do ciała jest raczej słodki, zapach masełka do ust jest zdecydowanie bardziej cierpki i kwaskowaty. Niestety ani jeden, ani drugi w ogóle nie kojarzy mi się z jagodami i szczerze mówiąc, obydwa uważam za mało przyjemne i męczące.


Jeśli chodzi o działanie, to masłu do ciała nie mam nic do zarzucenia, nawilża skórę tak samo świetnie jak wszystkie pozostałe masła TBS. Natomiast masełko do ust kompletnie się u mnie nie sprawdziło. Nie dość, że jego intensywny zapach tuż pod nosem jest dla mnie drażniący, to jeszcze zostawia na ustach nieprzyjemny posmak. Biały kolor produktu pozostawia po sobie ślady, szczególnie lubi się osadzać na suchych skórkach i w kącikach. Nie tylko nie zauważyłam, aby masełko nawilżało usta, ale wręcz miałam wrażenie, że je wysusza. Tłusta warstewka ochronna bardzo szybko znikała z ust, pozostawiając po sobie jedynie uczucie nieprzyjemnego ściągnięcia. 


O ile więc masła do ciała The Body Shop pokochałam miłością wielką, o tyle ich masełka do ust  będę omijała szerokim łukiem i z pewnością już się na żadne nie skuszę. Nie sięgnę też już po nic z jagodowej serii, bo jej zapach (niezależnie od wersji) to w moim odczuciu jakaś kompletna pomyłka. 


19 komentarze:

Drogi czytelniku! Skoro trafiłeś na mojego bloga, będzie mi bardzo miło jeśli zostawisz po sobie ślad w postaci komentarza i podzielisz się swoją opinią :) Jednocześnie informuję, że komentarze obraźliwe, świadczące o nie przeczytaniu artykułu lub służące wyłącznie autoreklamie będą usuwane.

Śmietankowy budyń, czyli Biovax Latte

09:00 Ania 19 Comments

 Intensywnie regenerująca maseczka z proteinami mlecznymi to kolejna propozycja marki L'biotica w mojej pielęgnacji włosów.


Maska zamknięta jest w całkiem wygodnym i dość estetycznym opakowaniu w formie plastikowego słoiczka. 


Konsystencja maski jest dosyć gęsta, łatwo rozprowadza się na włosach, nie spływa. Zapach słodki, delikatny, nie utrzymuje się długo na włosach. Przypomina budyń śmietankowy.

 
Swoje opakowanie maski zakupiłam na początku stycznia i od tamtej pory używam jej regularnie 1-2 razy w tygodniu, jednak już od końca października podbierałam ją siostrze kiedy u niej nocowałam (średnio 1-2 razy w miesiącu) i muszę stwierdzić,  że jeśli chodzi o działanie, to jak na razie jest to najlepsza maska Biovax jaką do tej pory stosowałam. Włosy po jej użyciu są mocno nawilżone, miękkie i miłe w dotyku. Dzięki efektowi wygładzenia nabierają większego blasku i stają się bardzo sypkie (tak bardzo, że czasem ciężko jest je upiąć). Z doświadczeń siostry wiem jednak, że w przypadku włosów bardzo podatnych na obciążanie i utratę objętości, maska może się nie sprawdzić.

Do każdego opakowania maski otrzymujemy gratis foliowy czepek, który ma za zadanie wzmocnić działanie maski, oraz próbkę serum zabezpieczającego końcówki włosów. 


 
Skład maski oraz opis producenta możecie znaleźć TUTAJ.


19 komentarze:

Drogi czytelniku! Skoro trafiłeś na mojego bloga, będzie mi bardzo miło jeśli zostawisz po sobie ślad w postaci komentarza i podzielisz się swoją opinią :) Jednocześnie informuję, że komentarze obraźliwe, świadczące o nie przeczytaniu artykułu lub służące wyłącznie autoreklamie będą usuwane.

Garść nowości

13:35 Ania 24 Comments

Witam Was serdecznie w ten deszczowy poniedziałek.
Dzisiaj chciałabym pokazać Wam kilka nowych produktów, które trafiły w moje ręce w ostatnim czasie.

Otulający zestaw Pat&Rub kupiłam głównie ze względu na peeling, którego jako jedynego z serii nie miałam okazji jeszcze wypróbować. Całość udało mi się dorwać na merlin.pl w bardzo atrakcyjnej cenie 99,99 zł, co biorąc pod uwagę regularne ceny produktów wchodzących w skład zestawu uważam za swój interes życia.


Jako, że po ostatnich siarczystych mrozach nie mogłam doprowadzić do ładu swoich ust, zaopatrzyłam się w zestaw pierwszej pomocy składający się z różanego peelingu do ust Pat&Rub, słynnego balsamu do ust Nuxe oraz pomadki ochronnej Caudalie.


Z marką Caudalie mam do czynienia po raz pierwszy, ale ponieważ ostatnio naczytałam się na temat ich produktów samych superlatywów, postanowiłam wypróbować jeszcze ich piankę do mycia twarzy i wodę winogronową.


Na koniec zielona kulka Vichy, czyli mój wieloletni ulubieniec, tym razem w nieco innej odsłonie, bo zamiast wersji podstawowej wybrałam wersję przeciwko białym i żółtym śladom.


I to by było na tyle, jeśli chodzi o ostatnie nowości. 
Zabieram się za testowanie, a Wam życzę miłego popołudnia:*


24 komentarze:

Drogi czytelniku! Skoro trafiłeś na mojego bloga, będzie mi bardzo miło jeśli zostawisz po sobie ślad w postaci komentarza i podzielisz się swoją opinią :) Jednocześnie informuję, że komentarze obraźliwe, świadczące o nie przeczytaniu artykułu lub służące wyłącznie autoreklamie będą usuwane.

Waniliowa błogość

13:46 Ania 13 Comments

Vanilla Bliss Shimmer Lotion to jedna z limitowanych propozycji bożonarodzeniowych firmy The Body Shop. Ten rozświetlający balsam do ciała o słodkim waniliowym zapachu kupiła dla mnie siostra podczas styczniowej wyprzedaży za ok. 19 zł/250 ml (cena regularna to 45 zł).


Balsam zamknięty jest w zgrabnej buteleczce wykonanej z przeźroczystego plastiku. Wygodna pompka ułatwia dozowanie odpowiedniej ilości produktu.


Sam balsam przypominający wyglądem i zapachem waniliowy krem, skrywa w sobie miliony maleńkich srebrnych drobinek (fajna opcja dla osób o jasnym i chłodnym odcieniu skóry). Dzięki mikroskopijnym rozmiarom i ogromnej ilości, gęsto usiewają skórę, tworząc na niej przepięknie skrzącą się taflę. Efekt jest naprawdę uroczy i niezwykle subtelny.





Drobinki trzymają się na skórze bardzo długo, praktycznie cały dzień, choć oczywiście z czasem ich ilość nieco się zmniejsza, co wynika między innymi z faktu przechodzenia na ubranie (np. szalik). O właściwościach pielęgnacyjnych balsamu na razie się nie wypowiem, bo stosuję go tylko miejscowo i dość nieregularnie. Obiecuję jednak, że wspomnę o tym w okresie wiosenno-letnim, kiedy to balsam stanie się częstszym gościem na mojej skórze.


13 komentarze:

Drogi czytelniku! Skoro trafiłeś na mojego bloga, będzie mi bardzo miło jeśli zostawisz po sobie ślad w postaci komentarza i podzielisz się swoją opinią :) Jednocześnie informuję, że komentarze obraźliwe, świadczące o nie przeczytaniu artykułu lub służące wyłącznie autoreklamie będą usuwane.

Mały cudotwórca

15:24 Ania 19 Comments

Olejek tamanu staje się ostatnio coraz bardziej popularny w blogosferze, gdzie uchodzi za małego cudotwórcę. Chcąc się przekonać na własnej skórze, ile jest w tym wszystkim prawdy, robiąc zakupy na Biochemii Urody wrzuciłam do koszyczka małą buteleczkę tego cudownego specyfiku.

Biochemia Urody 
Olej tamanu 100% ekologiczny


Zastosowanie:
- Polecany do pielęgnacji skóry tłustej, trądzikowej, mieszanej, zanieczyszczonej - sprzyja gojeniu wyprysków, zapobiega tworzeniu zaskórników, łagodzi stany zapalne, redukuje blizny potrądzikowe. W stanie nierozcieńczonym, może być stosowany punktowo na wypryski i blizny.
- W przypadku łojotoku, egzemy, łuszczycy, trądziku różowatego.
- Odpowiedni dla skóry podrażnionej np. po peelingach kwasami lub po zastosowaniu retinoidów, jako kuracja łagodząca i sprzyjająca regeneracji i formowaniu się nowego, zdrowego naskórka.
- Jako kuracja redukująca blizny i świeże rozstępy skóry
 - Polecany w preparatach intensywnie regenerujących dla cery dojrzałej i zniszczonej.
- Jako środek gojący i łagodzący zaczerwienienia, podrażnienia, ból i swędzenie w przypadku ran i uszkodzeń skóry, stanów zapalnych skóry, po oparzeniu słonecznym, ukąszeniu owadów
- W preparatach stosowanych na dzień o działaniu antyoksydacyjnym, wzmacniającym ochronę anty-UV.
- Do wcierania w owłosioną skórę głowy w przypadku łupieżu, łuszczycy, swędzenia, zapalenia mieszków włosowych, łysienia.
- Może być stosowany także na okolice oczu, szyję, dekolt, jak i na całe ciało.
 
Pełny opis producenta możecie znaleźć TUTAJ.

Cena:
ok. 11 zł/15 ml

Moja opinia:
Olejek zamknięty jest w małej plastikowej buteleczce z aplikatorem, bardzo podobnej do tych, w jakich zwykle możemy kupić krople do nosa. Dozownik pozwala na precyzyjne odmierzenie kropli produktu, dzięki czemu olejek jest bardzo wydajny (używam go od dwóch miesięcy, zrobiłam odlewkę mamie i jeszcze mam jakieś pół buteleczki).


Olejek ma specyficzny, nieco orzechowy zapach, który mi wydaje się być całkiem przyjemny (wolę jego niż zapach oliwy z oliwek, czy olejku arganowego), i który po aplikacji na skórę jest krótko i słabo wyczuwalny. Żółto-zielony kolor sprawia, że olejek bezpośrednio po aplikacji jest widoczny na skórze, może też brudzić ubrania i pościel.


Co do działania olejku, to w moim przypadku nie sprawdził się on jako środek na trądzik. Nie zauważyłam żeby zmniejszał wypryski, za to przyspieszał gojenie ranek po oczyszczaniu ropnych krostek. Nie zapycha, nie powoduje powstawania zaskórników. Ładnie regeneruje i nawilża podrażnioną, suchą skórę. Świetnie sprawdził się również na delikatnej skórze pod oczami. Największe wrażenie jednak zrobiło na mnie to, jak pomógł mi wyleczyć egzemę na dłoni. Nie dość, że rozprawił się z nią dosłownie w ciągu kilku dni, to jeszcze skóra od razu po ustąpieniu zmiany chorobowej była mięciutka i gładka, jakby nigdy nic na niej nie było (jeśli ktoś z Was miał egzemę to wie, że po leczeniu maściami sterydowymi często w miejscu zmiany pozostaje taki suchy, szorstki placek, który lubi łuszczyć się i pękać, co jest bardzo nieprzyjemne). Olejek sprawdził się również w leczeniu zimna i zajadów. Stosowałam go również u moich szczurasów, które czasem potrafią się tak kłócić, że dochodzi do rozlewu krwi. Dzięki gojącym właściwościom olejku ranki na grzbietach szybciej się goiły, a ponieważ olejek także zmniejsza świąd chłopaki nie rozdrapywały sobie gojących się już strupków.

Jestem naprawdę zadowolona z tego produktu, polecam go już w całej rodzinie i sama z pewnością będę go regularnie kupować. Zdecydowanie warto go mieć, jeśli nie w kosmetyczce, to w domowej apteczce.


19 komentarze:

Drogi czytelniku! Skoro trafiłeś na mojego bloga, będzie mi bardzo miło jeśli zostawisz po sobie ślad w postaci komentarza i podzielisz się swoją opinią :) Jednocześnie informuję, że komentarze obraźliwe, świadczące o nie przeczytaniu artykułu lub służące wyłącznie autoreklamie będą usuwane.